nomadzi z Mhamid
Afryka, Maroko, Sahara

Nomadzi z M’hamid: dwa światy.

Dwa światy – zawsze mam takie skojarzenie, gdy myślę o nomadach z M’hamid. Dwie części wioski, dwa typy ludzi o skrajnych marzeniach, potrzebach i stylach życia.

Pierwsza część to nomadowie, którzy przybyli z pustyni i osiedlili się kilkadziesiąt, kilkanaście, kilka lat, miesięcy lub dni temu w wiosce. Co jakiś czas przybywają tu nowi, którzy dotąd całe życie spędzili na pustyni. Powodem jest coraz większa świadomość nomadów co do tego, że warto posłać dzieci do szkoły i zapewnić im lepszą przyszłość. Wcześniej nomadzi żyli tylko na pustyni i nie mieli pojęcia, że istnieje jakiś inny świat. Jak powiedział mi jeden z nich, który przeniósł się ok. 30 lat temu do wioski: „Myśleliśmy, że na całym świecie jesteśmy tylko my i pustynia. Że cały świat to tylko nomadzi i nie istnieje nic więcej!”. Nic dziwnego, że jeszcze 30 lat temu tak myślano – na pustynie nie docierała jeszcze wtedy żadna namiastka cywilizacji. Tu zaczynał i kończył się cały świat. Sahara.

Gdy pierwsi nomadzi przenieśli się do kasby, a następnie do wioski, zobaczyli, że można żyć łatwiej. Pojawili się wędrowni kupcy i pierwsze miejsca, gdzie można było nabyć jakieś produkty – mniej czasu zajmowało zdobycie i przygotowanie jedzenia, dotarcie do krewnych (bo na pustyni namioty znajdowały się często w sporej odległości od siebie – nie zawsze cała rodzina żyła w jednym miejscu).

Pogoń za oszczędzeniem czasu – jakie to nam znane i uniwersalne, prawda? My oszczędzamy czas na wykonywaniu codziennych czynności – kuchenka z palnikiem zamiast ogniska, pralka, taksówka, samolot. Szybciej, szybciej, szybciej!!!

Na pustyni było inaczej. Pobudka wraz ze wschodem słońca. Wspólna herbata (a dokładnie trzy za jednym razem – taka jest nomadzka tradycja), której przyrządzanie trwa ponad godzinę, a w tym czasie wszyscy siedzą w kręgu i rozmawiają. Śniadanie. Wszystkie posiłki podobne, składające się z tego, co jest akurat pod ręką (mleko wielbłądzie, mięso upolowanego na pustyni zwierzaka, daktyle, zebrane na pustyni rośliny). Wszystko wolno przyrządzane na ognisku. Kolejne herbaty. Wyprawa mężczyzn do strumienia po wodę (takich miejsc z wodą jest niewiele na Saharze, więc jeśli akurat grupa miała namiot oddalony od miejsca z wodą, takie wyprawy były konieczne) czasem trwająca parę dni. A wieczorem muzyka. Granie na czym popadnie. Konstruowanie prowizorycznych instrumentów. Wymyślanie piosenek, melodii. Bo skąd nomadzi niby mieli znać piosenki popularne?

Mówi się, że dla nomada na pierwszym miejscu jest pustynia, na drugim – zwierzęta, dzięki którym ma co jeść, trzecim zaś przyjacielem jest muzyka. To ona umila czas, pozwala zapomnieć lub pamiętać. Zapomnieć o tym, co niemiłe, pamiętać – o losach rodziny. Często piosenki nomadzkie to właśnie opowieści o losach przodków; stąd taka różnorodność i nieznajomość danych piosenek przez innych nomadów spoza danej rodziny. Życie powoli, skupianie się na codziennych czynnościach, wkładanie w nie całego serca. Wolniej, wolniej, wolniej.

Dla nomadów życie w wiosce to była nowość – duże zaskoczenie. Przyzwyczaili się jednak szybko do wygód. Wygód – to ich słowo, bo my byśmy raczej tego tak nie nazwali. Brak elektryczności, bieżącej wody, pustki w sklepach – to dopiero kilka lat temu troszkę się zmieniło. Za to wszystko w jednym miejscu, możliwość nauki dla dzieci, nieprzeciekający dach nad głową – czego więcej trzeba? Łatwiej. Na pewno łatwiej, ale czy szczęśliwiej? Zawsze to słyszę od starszych nomadów z M’hamid, że ich serce jest tam, na pustyni, w sferze odwiecznej, podarowanej im wolności.

Dzieci tych nomadów poszły do szkoły. Niektóre potrafią pisać i czytać – w przeciwieństwie do rodziców, którzy nie potrafią nawet zapisać swojego imienia i nie wiedzą, ile mają dokładnie lat. To pierwsze pokolenie mające możliwość edukacji ma teraz ok. 35 lat. Wielu z nich po skończeniu szkoły (zazwyczaj tylko pierwszej – odpowiednika niepełnej szkoły podstawowej) nie znalazło nigdzie pracy. Gdy kilka lat temu zwiększył się ruch turystyczny w M’hamid, młodzi ludzie zaczęli pracować z turystami jako przewodnicy po pustyni. Zobaczyli inne kultury, odkryte ramiona kobiet, dekolty – coś, czego wcześniej w swojej kulturze nie mieli możliwości ujrzeć. Usłyszeli o „nowym, lepszym, łatwiejszym świecie”. Europa i Ameryka – tak zwany raj!

I co w tym momencie stało się marzeniem młodych? Pieniądze i ucieczka z tego świata na któryś z tych dwóch kontynentów – ku „życiu w raju”. Niestety, nie ma w praktyce dla nich możliwości zdobycia wizy do Europy, a co dopiero Ameryki! Stąd też próby nielegalnego przepłynięcia wpław odległości między ich kontynentem a Europą, w czasie których giną rocznie setki ludzi. Drugi sposób to małżeństwo z Europejką.

Marzenia młodych z branży turystycznej zbite z marzeniami ludzi z pustyni, ich rodziców – dwa inne, nieprzystające do siebie światy. Rodzice i dziadkowie to już ostatnie takie pokolenia nomadów w tej okolicy. Za kilka lub kilkanaście lat, gdy pustynni nomadzi osiedlą się w wiosce i gdy to pokolenie umrze, zostaną już tylko ci dążący do tego, by wyjechać. Skończy się ten świat. Pęknie jakieś niebo.

Te dwa światy doskonale widać także w zabudowie wioski, która dzieli się na dwie części. Pierwsza, zaczynająca się od drzwi do M’hamidu, to część dla turystów, i tu właśnie umiejscowione są campingi, hotele, bazary z pamiątkami. Druga, do której turyści nie zachodzą często, to część wydzielona tylko dla nomadów z M’hamidu. Żyją sobie oni tam swoim życiem, mają swoje miejsca, gdzie przesiadują, swoje sklepiki. Wstają o 6 rano, idą spać o 22:00, w przeciwieństwie do turystycznej części wioski, gdzie turyści i armia zasypiają nad ranem, a wstają w południe. W tym pierwszym świecie nigdy nie istniały słowa: „Policja! Kradzież! Włamanie! Napad!”.

W wiosce M’hamid, oprócz przybywających tu turystów, wynajmuje domy wielu żołnierzy, którzy obstawiają pobliską, niespokojną granicę z Algierią. Ich miejscem jest część turystyczna i zdają sobie doskonale sprawę, że są niemile widziani w części nomadzkiej. Prawda jest taka, że tutaj rodziny dzielą się na zwolenników armii (dlatego, że np. ojciec rodziny pracował w armii i dzięki temu, z racji przyznanej mu później renty od państwa, rodzina ma co jeść) i frontu wyzwolenia (Polisario), przy czym nie mówi się o tym głośno i nie rozmawia w rodzinach na te tematy. Bo przecież zwolennicy Polisario to ludzie, którzy negują państwo, a zwolennicy armii to ci, którzy nie chcą zrozumieć „swoich”, czyli ludzi żyjących na Saharze Zachodniej.

Każdy zna tu swoją granicę; naturalną granicę tego, gdzie jest jego miejsce. Ostatnie wydarzenie pokazało, jak na ludziach ze wsi odbiło się złamanie tej zasady. Nomadzi z M’hamid, biedna rodzina, postanowiła trochę zarobić i wynajęła pokój w drugiej części swojego domu dla dwóch żołnierzy. Nie byłoby to problemem, gdyby ten dom nie znajdował się akurat w części tylko dla nomadów, gdzie inni, nawet ci bardzo biedni, nie zgadzają się na zamieszkanie tu żołnierzy. Ale stało się. Dwóch nowych mieszkańców już pierwszej nocy przesadziło z alkoholem i zaczęło wchodzić do otwartych nomadzkich domów. Następnego dnia już wszyscy młodzi mieszkający w tej części czekali tylko na tych żołnierzy, by się z nimi „policzyć”…

Nomadzi z M’hamid nie mają tego naturalnie we krwi, żyją zgodnie w swojej części wioski; nie ma tu kradzieży, pobić, wtargnięć do nieswojego domu. Inny świat. Na ulicy tej części wioski pojawiła się po tym incydencie niemile tu widziana policja. Niepokój i zastraszenie – tak nieznane tym rodzinom uczucia.

W tej części wioski czasem młodzi piją alkohol daktylowy, ale po tym siadają i grają, śpiewają. Nie ma jakiś nieprzyjemnych incydentów. To ich miejsce, więc żyją tu sobie spokojnie, ale od czasu rozróby dwóch żołnierzy poczuli niepokój i boją się policjantów, którzy – bojąc się z kolei tak „niecywilizowanego ludu”, jak nomadowie (bo sami są z innych miast) – starają się upodobnić trochę do nomadów, zakładając gandory i turbany, by raz na jakiś czas spatrolować teren. Ale tu się wszyscy znają, wiedzą, kto jest kim, więc te patrole szybko się skończą.

Bardzo dobrze znam te dwie części wioski – pół mojego pobytu tutaj, w M’hamid spędziłam mieszkając w części nomadzkiej, prowadząc takie życie jak nomadzi z M’hamid, którzy mnie przygarnęli, a drugie tyle w części turystycznej, z pracującymi w branży ludźmi. W każdej z tych części wioski żyłam właściwym jej rytmem – z rodzinami gotowałam, sprzątałam, śpiewałam, spałam, zaś z tymi pracującymi z turystami – przesiadywałam w miejscach ich pracy, w hotelach i na campingach, dla których pracują, czekałam z nimi na turystów, obserwowałam, jak żyją, czego szukają, o czym marzą. Dwa inne światy.

To też może Cię zainteresować:

2 Comments

  1. Bardzo fajny i ciekawy wpis… Świetnie opisałaś różnice, a zdjęcia są po prostu genialne i tylko potwierdzają to o czym mówiłaś…
    Bardzo to interesujące, dwa miejsca położone bardzo blisko siebie, a różnice wprost gigantyczne, coś niesamowitego. Ale to właśnie pociąga mnie w Maroko, te różnice i kontrasty na każdym kroku….
    Pozdrawiam:D

  2. jordainienne – dziękuję:) Są kolosalne różnice. W M’hamidzie tego rodzaju jak opisałam, choć nie tylko, ale w całym Maroko – też bez liku:) To pociąga w tym świecie – kontrasty. Jest czarny i biały – mało co jest szare, pośrednie.
    Dziękuję za komentarz i pozdrawiam dziś wiatrem piaskowym, który otulił właśnie całą wioskę:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.