Sahara
Afryka, Maroko, Sahara

Nie ma, nie ma wody na pustyni…

Woda na pustyni – zagadnienie najważniejsze! Bowiem czystość ciała jest bardzo ważnym elementem islamu; kiedy to inne religii niewiele mówią o ciele (lub po prostu wspominają o nim jako o narzędziu grzechu), islam zwraca szczególną uwagę na to pojęcie. Ludzie, przed wyjściem do meczetu, starają się doprowadzić swoje ciało do czystości. Poza tym chyba przed każdym meczetem znajduje się kran, gdzie można skorzystać z wody. Nasuwa się jednak pytanie – jak z tym problemem radzą sobie ludzie mieszkający na pustyni, gdzie wody nie ma pod dostatkiem?

Kamienie. Gdy zobaczyłam pierwszy, pomyślałam: „Ładny kształt – pewnie ludzie traktują go jako ozdobę”. Potem zaczęłam dostrzegać następne – w kolejnych odwiedzanych przeze mnie domach i namiotach nomadów. Kolejne niesamowicie gładkie kamienie – dlaczego? Ludzie, którzy akurat nie mają dostępu do wody przed modlitwą, stosują te kamienie, wykonując nimi takie ruchy, jakby używali mydła – najpierw obracają w dłoniach, pocierają kamieniem skórę, a potem odkładają kamień i tak jakby przenoszą dłońmi jego moc działania na przedramiona, pocierając je kilkakrotnie. Symboliczne obmycie.

Kwestia czystości ciała. W dużych miastach nie ma z tym większego problemu, natomiast miasta i wioski Sahary nie zawsze mają stały dostęp do wody. Często woda w mieście jest zakręcana prawie na cały dzień i mieszkańcy mają tylko dwie godziny dziennie na nabranie wody do pojemników – zrobienie zapasu na resztę dnia. Bieżąca woda w kranie to tutaj rarytas! A co dopiero prysznic zamiast kranu! Ciepłej bieżącej wody tu się praktycznie nie spotyka. Wyposażenie każdej łazienki (tzn. pomieszczenia, gdzie jest dziura w podłodze) to wiaderko z wodą, którym opłukuje się dziurę w podłodze po zakończeniu używania, a także drugie wiaderko służące do przyniesienia zimnej (lub czasem podgrzanej na butli gazowej) wody do mycia, jak i mały kubeczek do polewania wodą ciała.

Raz na jakiś czas ludzie wybierają się do hammamu – łaźni. Miejsce publiczne, którego nie może zabraknąć w żadnym mieście i żadnej wiosce Maroka. Do tego hammamy spotkać można przeróżne – od drogich, ekskluzywnych, wybudowanych dla bogatych turystów w Marrakeszu czy Casablance, oferujących masaże i odnowę biologiczną ciała, poprzez skromne, wiejskie lub miejskie łaźnie, a skończywszy na małych namiotach. Te ostatnie nomadzi tworzą z gałęzi palmowych, stawiają na tarasach swoich domów, a w razie potrzeby użycia, rozpalają w środku małe ognisko, na którym gotuje się woda do mycia i które ociepla otulony folią oraz materiałami namiot.

Najczęściej spotykany rodzaj hammamu to naturalna sauna. Pniami palmowymi pali się w piecyku hammamowym. Po około 4 godzinach pomieszczenie jest już nagrzane, a zgromadzona w pojemnikach nad ogniem woda zaczyna parować. Przynosi się do tego pomieszczenia także wiaderko z zimną wodą i kubeczek do polewania ciała. Mycie czas zacząć.

U mnie na wsi jest jeden hammam publiczny, do którego wyjście to wielkie przeżycie i ważny dzień w życiu rodzinnym. Wstęp to ok. 2 – 2,50 zł. W innych godzinach lub dniach tygodnia dla mężczyzn, innych dla kobiet.

Bogatsi ludzie ze wsi budują w swoich hotelikach lub na campingach własne hammamy dla siebie, rodziny i turystów. Akurat jeden ma moja znajoma rodzina, więc co jakiś rozkoszuję się kąpielą w naturalnym hammamie.

Co poza tym? Przez ostatnie dwa tygodnie pracowałam trochę dla moich polskich firm i dopiero teraz mam więcej czasu na pisanie na blogu. Dzieje się tak dużo zwyczajnych w swej nadzwyczajności rzeczy. Odwiedziny znajomych ze wsi w moim domku. Opowieści. Poznawanie ludzi, ich kultury i historii. Gotowanie harriry – marokańskiej wegańskiej (jest też wersja mięsna, ta najbardziej popularna – z jagnięciną) zupy, którą jestem zauroczona. Przesiadywanie ze znajomymi w pobliżu drzwi do wioski, w oczekiwaniu na turystów (gdy jakiś zagraniczny samochód jedzie w kierunku wioski, ci znajomi wyskakują na drogę, zatrzymują samochód i próbują jako pierwsi ze wsi przekonać turystów do skorzystania z usług swojej agencji lub zamieszkania na campingu, dla którego pracują). Smaczne obiady w rodzinnym gronie – mimo, że nie mieszkam już z ludźmi, u których spędziłam w grudniu i styczniu ok. 2 tygodni, ta rodzina codziennie piecze w domu dla mnie chleb i zaprasza na posiłki. Przesiadywanie i picie herbaty ze znajomymi u Mustafy w sklepie na zapleczu. Spotkania, bycie, wczuwanie się. Wchłanianie życia mojej małej, tak innej i odrębnej, wioski.

M’hamid el Ghizlane – tu otwiera się i przetrwał całkiem inny świat, o niesamowitej specyfice i oryginalnych, mieszkających tu ludziach.

To też może Cię zainteresować:

3 Comments

  1. „U mnie na wsi…” 🙂 No no znaczy, żeby się z Tobą spotkać, to chyba trza będzie jechać do Markoka 🙂 Ale z opisów wynika, ze warto 🙂
    POZDROWIONKA z Sopotu

  2. 🙂 A co – dla mnie to i na koniec świata jechać warto:)

  3. ja też tak chce. pracować i podróżować. Będę musiał popisać do jednej firmy z Koszalina co robi pomiary wiatru pod farmy wiatrowe i nie tylko na pomorzu i nie tylko w Polsce i nie tylko w Europie:)

    ale na razie trzeba PG skończyć, na szczęście jeszcze półtora roku, ale Ci co skończyli mówią że szybko zatęsknie za tymi czasami

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.