Stupa w Ladakhu
Azja, Indie, Ladakh

Ostatnie chwile w Ladakh

9 dni – to jak Nic i Wszystko. Było tyle pytań, tyle nieścisłości. 9 dni – i nagle wszystko się wyjaśniło. Świat się zmienił? Chyba tylko ten we mnie.

9 dni – czas na bycie tam, gdzie już kiedyś byłam; w miejscach, które są najbliższe mojemu sercu. Tyle dziwnych wrażeń.

9 dni – i to już koniec? To chyba dopiero początek. Tu ta historia się zaczyna.

Bo tyle czasu spędziłam w Tybetańskim Królestwie Buddyjskim Ladakh. Ostatnie dwa dni to tradycyjnie Dzomsa o poranku i świeży brzoskwiniowy sok. Potem autobus do Choglamsar – tym razem spacer do miejsca, gdzie znajduje się rezydencja Dalaj Lamy. Sam Dalaj Lama kilka dni temu wylądował w szpitalu w Delhi – ma problem z sercem. Nie dane mi było narazie go spotkać.

Rezydencję otacza murek, ale na jego samym końcu jest brama, przez którą można dojść do Many – miejsca modlitewnego, wokół którego się chodzi, mantrując. Ale nie chciałam od razu tam wejść. Usiadłam na murku. W oddali rezydencja na tle gór. Piękne niebo. Kolory jesieni. Zapach w powietrzu, który wywołuje niepohamowane refleksje.

Hello! – słyszę za sobą głos małej dziewczynki. Odwracam się – jest z koleżanką. Idą właśnie do szkoły na egzamin z języka angielskiego. Odprowadzają mnie pod samą bramę do rezydencji Dalaj Lamy, a potem pytają, czy chcę, aby poszły ze mną dalej. Odmawiam i dziękując, życzę im powodzenia na egzaminie.

Obchodzę Many. Jestem narazie sama. A potem siadam pod nimi i medytuję. Jest w miarę ciepło – słońce przyjaźnie ogrzewa moją twarz. Pojawia się starszy człowiek, w ciszy mija mnie medytującą i sam, mantrując, chodzi wokół Many.

Wieczorem wracam do Leh. Poprzedniej nocy wrócił Wangchuk. Tym razem podróż zajęła mu ponad 20 godzin – droga jest coraz bardziej nieprzejezdna i to już jego ostatnie kursy w tym roku. Okazało się, że i tak miałam szczęście, bo kilkanaście dni temu, gdy Wangchuk jechał do Ladakhu z tybetańskimi pasażerami, musieli stać w jednym miejscu na odludziu 4 dni (śpiąc w busie), bez dodatkowej dostawy wody i jedzenia, bo śnieg zasypał całą drogę i nawet terenowy bus nie był w stanie przejechać. I teraz znowu zaczęło padać, a droga coraz bardziej nieprzejezdna.

Postanowiłam tym razem wrócić już do Manali, bo później mogłoby już nie być możliwości. Ale jak pożegnać się z miejscem tak bliskim? Na jak długo? Wieczorem idziemy z Wangchukiem na kolację do knajpki. Potem znowu czas z rodzinką.

Ostatni już dzień spędzam na pożegnaniu się na jakiś czas z Ladakhiem. Spacery bez celu, rozmowy ze znajomymi, którzy już poznają mnie na ulicy, żarty ze sklepikarzami. Potem odbieram wiadomość – tak, jest świątynia Karma Kagyu w okolicy! I do tego w Choglamsar – a mnie w niej jeszcze nie było! Mimo zapadającego już zmroku wsiadam do autobusu, a potem wędruję do świątyni. Witają mnie mali chłopcy uczący się w tej szkole Karma Kagyu.

Wchodzę do świątyni – nie ma światła, więc w półmroku rozkoszuję się sylwetkami Buddy, malowidłami na ścianie. Gdy znowu włączają światło, widzę świątynię w pełnej okazałości. Co za widok! Ciężko to miejsce opuścić. Kręcę jeszcze dzwonkami, fotografuję malowidła i żegnam się już z chłopcami. Po drodze do miejsca, gdzie staje autobus, spotykam starszych mnichów z tej szkoły. Idziemy, rozmawiając, a ja nagle zaczynam łapać kolejnego nocnego już stopa. Wysiadam z niego przy głównej ulicy, gdzie zachodzę jeszcze do fotografa wydrukować moje zdjęcia, by móc dać jedno dla rodzinki z Leh, a drugie dla Wangchuka – jako pamiątkę. Potem w mieście gaśnie światło – nawet drogi już nie widać, a miejsce, gdzie mieszkam, jest trochę na odludziu. Idę więc, mijając kolejne psy, trochę się ich bojąc. I jak zawsze, znowu los przynosi ukojenie. Zatrzymuje się Wangchuk – właśnie wraca z dworca. – Tak, to już pewne, jedziemy dziś w nocy, mamy komplet pasażerów – oświadcza.

Dziwne uczucie. Kiedy jeszcze nie było pewne, że wracamy już tego dnia (bo to zależy, czy znajdzie się komplet pasażerów), nie myślałam za bardzo o tym, jak to będzie. Co będzie, gdy wyjadę?! Tak jakby czas się zatrzymał. A może jakby miało nie być jutra.

Nie śpię tej nocy. Nie mogę zasnąć. Mimo że byliśmy już w domu ok. 19:00, a dopiero o 00:30 mieliśmy wyjść, by odebrać pasażerów i umieścić na dachu ich bagaż, sen nie przychodzi. Nadszedł czas – ruszamy na dworzec. Trochę zajęło, zanim samochód został przygotowany do drogi. Tym razem w 11-osobowym busiku 11 młodych Nepalczyków, którzy pracowali w Ladakhu w sezonie, a teraz wracali do swojego kraju, jeden Tybetańczyk, ja i Wangchuk. Moje miejsce jest z przodu, to wygodne, więc prawie od razu zasypiam w śpiworze, z nogami na szybie. O 8:00 budzi mnie Wangchuk – punkt kontrolny, kontrola mojego paszportu. I herbata u nomadów. Potem o 10:00 śniadanie w kolejnych nomadzkich namiotach. Znowu placki.

Droga zasypana śniegiem. Są miejsca, gdzie prawie nie można już przejechać. Brniemy przez zaspy, przez potoki, które przecięły drogi. Potem wykolejona ciężarówka – kolejny postój, nie wiadomo jak długo. Po 21 godzinach Leh. Dochodzi 23:00. Nepalczycy wysiedli. Ja tym razem jadę z Wangchukiem spać do jego rodzinnego domu w Leh. Gdy zostajemy sami w busie, trochę porządkujemy rzeczy i zauważamy, że nie ma śpiwora należącego do Wangchuka, który on położył na ziemi między siedzeniami nad ranem, bym skorzystała z niego, gdy będzie mi zimno. Został ukradziony. – To biedni, ciężko pracujący tu chłopcy – tłumaczy ich Wangchuk, który kupił wcześniej sobie ten śpiwór za ciężko zarobione pieniądze.

Wangchuk pochodzi z rodziny buddyjskiej i sam także wyznaje tę religię. Urodził się w Leh, w Ladakhu, ale jego rodzina przeniosła się do Manali. Ma 31 lat. Od ponad 10 lat jeździ przez 9-10 miesięcy w roku, non stop, na trasie Manali-Leh. Około 20 godzin w drodze, późnym wieczorem na miejscu, rankiem szukanie nowych klientów i… w drogę powrotną. Tak w kółko.
– Jesteś szczęśliwy? – zapytałam.
– Jestem – odpowiedział.
Gdy droga do Leh jest nieprzejezdna, ciężko mu wyżyć za to, co zarobił w ciągu całego roku jeżdżenia. Bo zarabia grosze, za pracę non stop, prawie bez snu.

W domu u Wangchuka jest bardzo biednie. Obdrapane ściany. Brak czegokolwiek, co nam, w Europie, jest potrzebne do życia. Hm, no jest telewizor. Wangchuk nie potrafi zasnąć bez grającego telewizora, włączonego światła, codziennie wieczorem wypitego piwa i wypalonej dużej ilości papierosów.

To też może Cię zainteresować:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.