Chorągiewki tybetańskie w Ladakh
Azja, Indie, Ladakh

Z Ladakh do Indii

Rano w pośpiechu ruszamy z Wangchukiem w stronę autobusu. Wsiadam w biegu. „Nie chcę jechać, nie teraz. Nie mogę pozbierać myśli…”.
Czuję się rozbita. Znowu odczułam w ludziach ten indyjski klimat – tak bardzo różny od tego z Ladakhu i okolicy. Pijani ludzie, wymiotujący przez okna. Matka w stanie całkowitego upojenia. Ojciec zwisający z siedzenia. Dzieci śpiące na podłodze. Inne ledwo stojące na nogach. Też pijane, a może tylko tak niedożywione. Mężczyzna bez palców u rąk. Inna kobieta cała w swoich własnych wymiocinach. Spadający z siedzenia mężczyzna, we krwi. Pijany. Na rękach bransoletki z napisem: Kriszna Rama.

Nie mogłam znieść tego widoku. Nie potrafiłam. Nie mogłam uspokoić myśli.

Jeszcze chwilę temu byłam w innym świecie, wśród innych ludzi. A potem tak szybko wszystko się zmieniło. Kradzież śpiwora, która mnie zszokowała. Historia Wangchuka, którą odebrałam zbyt empatycznie, przez co bardzo mnie zasmuciła. Potem poranny pośpiech na autobus. I widok w nim. Destrukcja. Wyrwanie z pięknego świata. Zbyt szybko, zbyt brutalnie, bez litości.

Wysiadam w Blispur i od razu idę do hotelu, by uspokoić myśli. Tak bardzo się w nich gubię. Jestem już 700 km od Ladakhu. Mija chwila, nim uświadamiam sobie – chcę z powrotem!

Ranek. Waham się jeszcze, ale wsiadam w autobus do Delhi, a nie do Manali. Jadę rozbita, smutna. Nie wiem, co robić. Przypominają mi się nauki buddyjskie o przywiązaniu. Ale czy to przywiązanie, czy świadomość Domu? I czy to ma znaczenie? Jeszcze tam wrócę. To pewne. Nieważne, kiedy.

Wieczorem telefon od Wangchuka. Jechał do Ladakhu i okazało się, że droga jest już nieprzejezdna, cała zasypana śniegiem. Musiał zawrócić. To był ostatni moment, kiedy drogą lądową mogłam wyjechałać z Ladakhu.

Tymczasem docieram wieczorem do Delhi, a potem spotykam się z Ari z Hospitality Club, który załatwia mi dwa noclegi w domu przyjaciela – z lokajem i kierowcą. Pierwszy raz jadę z Arim rikszą do domu przyjaciela – to ok. 30 minut rikszą silnikową. Ari kocha Polskę i przyjedzie do naszego kraju w lutym. Zna kilka słów polskich i ma przyjaciół z naszego kraju.

Nocne rozmowy. Potem śpię długo, a następnie jadę na Connaught Place, na rynek tybetański, bo w Ladakhu zapomniałam kupić koszulkę z napisem Ladakh. Dzwonię do Polski – w końcu mogę porozmawiać z najbliższymi.

Ludzie zaczepiają mnie, robią ze mną zdjęcia, pomagają, oprowadzają.
– A może masaż Ci zrobić? Yyyy, a masz chłopaka? – proponuje jeden chłopak – Bo ja cudowne masaże kobietom robię.
Nie korzystam, a chłopak zupełnie nie jest natarczywy.

Wieczorem idę do riksiarzy zapytać o cenę zawiezienia mnie do domu przyjaciela. Podają duże ceny.
– Masz jakiś problem? Wskakuj na mój motor, ja Cię za darmo zawiozę! – woła motocyklista, Bobi, który właśnie do nas podjechał.

Ruszamy nocną porą, wśród świateł miasta, w upale, w stronę mojej dzielnicy. Bobi daje mi jedną słuchawkę od mp3 – i śpiewamy głośno piosenki Queen! Machamy rękami – taki taniec na motorze, wśród patrzących na nas riksiarzy i innych mijanych kierowców. Wiatr we włosach, radość w sercu. Tylko ten Ladakh trochę tęsknoty przysparza. Ale nie ma jak tam narazie wrócić, więc… do przodu!
– Znam kilka polskich słów! – mówi Bobi, a potem dodaje w języku polskim: Jesteś piękna!
Okazuje się, że miał dziewczynę z Warszawy, Karolinę. Coraz większe korki. Bobi mówi – weźmiemy na ostatni kawałek rikszę dla Ciebie, bo mi motorem zajmie to bardzo dużo czasu. To mój numer – dzwoń w razie potrzeby. I tym samym, po rikszy silnikowej, pierwszy raz jadę po nocnym Delhi rikszą rowerową.

Wracam do domu. Jest jeszcze jedna dziewczyna, którą ten znajomy hostuje. Mamy wi-fi, więc czas na wrzucenie relacji z ostatnich dni. A jutro już w trasę, coraz bliżej Nepalu.

To też może Cię zainteresować:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.