Świątynia w Ladakh
Azja, Indie, Ladakh

Ladakh: buddyzmu czar

Kolejne dni po powrocie z Choglamsar to zwiedzanie okolicznych świątyń i miejsc powiązanych z buddyzmem, a także kolejne zakupy na bazarach Leh.


O poranku ruszyłam na śniadanie do mojej już ulubionej tu knajpki, gdzie byłam ostatnio z Wangchukiem. Znowu placki z mąki, wody i soli z przeróżnymi sosami oraz czarna herbata. Potem autobus do Shey – miejsca, gdzie znajduje się XVII wieczny pałac, a raczej pozostałe po nim ruiny – letnia siedziba władców Ladakhu.


Po wyjściu z autobusu minęłam uczniów pobliskiej szkoły w obowiązkowych mundurkach, po czym ruszyłam pod górę, do pałacu. Zakręciłam dzwonkami modlitewnymi. Ok, ale gdzie jest dalsza droga? Zero oznaczeń, wokół nie ma żywej duszy, a ja coraz wyżej. Poszłam więc tą, która wydawała mi się najłatwiejsza. Pałac jest położony dość wysoko, na wzgórzu, więc rozpoczęłam wędrówkę połączoną ze wspinaczką amatorską, wokół góry, pnąc się wyżej i wyżej. Jak tu starsi ode mnie turyści wchodzą? – myślałam z niedowierzaniem.


Dotarłam do miejsca, gdzie już kilka metrów w górę był pałac, ale skończyły się możliwości przejścia. Nad przepaścią wystawała jedna mała skałą, na którą stawiałam nogę, a ona się kruszyła i odpadające kawałki toczyły się w dół. Powyżej niej była jeszcze bardziej wystająca, ale bez miejsca, gdzie mogłabym się złapać. Zdrowy rozsądek podpowiedział mi: Koniec! Jesteś tu sama, z dala od ludzi, więc jeśli coś by się stało, nie ma znikąd pomocy. Jakkolwiek się starałam, skały odrywały się. Z niezaspokojoną ambicją postanowiłam zrezygnować, mimo że byłam już tak blisko.


Ale życie szykuje niespodzianki. Wracając, zobaczyłam większe kamienie, jeden na drugim. Wspięłam się po nich na górę – to też nie była dobra droga, ale bezpieczniejsza, bo nie nad dużą przepaścią. I dopięłam swego – znalazłam się w ruinach pałacu, z niesamowitym widokiem na okolice i wzgórza! Gdy schodziłam zadowolona, wśród triumfująco powiewających kolorowych tybetańskich chorągiewek z modlitwami, zobaczyłam złotą kopułę, czyli miejsce, do którego też chciałam zajść. To 600-letnia gompa Shey, w której znajduje się 12-metrowa rzeźba Buddy. Mnisi przywitali mnie słowami: To Ty tam do pałacu po skałach wchodziłaś? Przecież tam nie ma już drogi i od lat nikt tam nie wchodzi.


Mnisi pokazali mi rzeźbę Buddy. Posiedziałam trochę z nimi, po czym ruszyłam w dół. Usiadłam koło właściciela sklepiku, a ten powiedział, że niedługo może będzie autobus. Poszłam więc pieszo, bo tylko 4 km pozostały mi do Thiksy, olbrzymiej gompy buddyjskiej, zbudowanej na wzór tej z Lhasy, z Tybetu. Zaczęłam łapać stopa i zabrał mnie sympatyczny człowiek. Potem kolejna wspinaczka w górę, ale już lekka i przyjemna – nic nie ma porównania do tego z Shey. Po drodze spotkanie z kobietami z okolicy i z mnichami. „Dziule” – witaliśmy się.


I gompa – już sama w sobie zapierająca dech w piersiach! Zajrzałam do usytuowanej tam szkoły dla dzieci, zakręciłam kolejnym dzwonkiem modlitewnym, rozkoszowałam się zapachem palonych roślin i drzew przy świątyni, a potem usłyszałam głośny dźwięk trąb. To mnisi nawoływali do nabożeństwa. Zdjęłam buty i weszłam. Usiadłam na dywanie obok drzwi. Naprzeciw mnie ołtarz z Buddą i ze zdjęciami Dalaj Lamy. Pełno płatków kwiatów. Malowidła na ścianie. Owoce i kwiaty przy ołtarzu – podarunki dla Buddy. Półmrok. Bardzo głośna muzyka – mężczyźni walący w wiszące bębny, ale takimi nietypowymi pałeczkami; stąd też przeróżne dźwięki – od grzmotów, przez miarowe uderzenia, po harmonijne melodie. Ogólny nastrój niepokoju i oczekiwania. I nie myliłam się – przedstawienie dopiero się zaczęło. Do świątyni wbiegli chłopcy z kolorowymi, groźnymi maskami na twarzach, trzymający w rękach pojemniki na łańcuszku z kadzidłami. Biegali bardzo szybko wokół sali, jakby ganiając się, a zapach odurzał. Palone stokrotki połączone z innymi ziołami. Potem znowu muzyka, mantry, dźwięki grozy.


Po uroczystości weszłam na dach, gdzie odkryłam jeszcze jedną świątynię z posągami Buddy, a także otworzyłam sobie niedomkniętą do końca kłódkę drzwi biblioteki, z bardzo starymi księgami – naukami Buddy. Coś niesamowitego! Półmrok, zapach książek, złoty blask od posągów Buddy.


A potem zobaczyłam kolejną świątynię. Gdy tam weszłam i ujrzałam Maintreya Budda, dech zaparło mi w piersiach! Nigdy jeszcze takiego pięknego posągu Buddy nie widziałam! Złoty, z kolorowymi ozdobami, w koronie, olbrzymi. Jeśli miałabym zobaczyć tylko jedną gompę w Ladakhu, to właśnie tę!


Zeszłam w dół, rozmawiając ze spotkanymi po drodze mnichami, którzy wyszli na skały obejrzeć zachód słońca. Zobaczyłam, że właśnie uciekł mi autobus, więc ruszyłam pieszo, już przy zapadającym zmroku, w stronę drogi powrotnej do Leh, mijając chłopaka pasącego krowy. I zatrzymałam kolejnego autostopa – tym razem ciężarówkę jadącą do Choglamsar. Kierowca, Nepal, okazał się bardzo otwartym młodym człowiekiem i opowiadał mi o mijanych po drodze miejscach. W Choglamsar dogoniliśmy mój autobus, do którego wskoczyłam prawie w biegu, najpierw wisząc w drzwiach (to tu powszechne, gdy autobus jest zapełniony), a potem lokując się na położonej na schodkach oponie samochodowej.


W mieście nie było akurat światła – bo tu to norma, że światło jest ot tak sobie włączane lub wyłączane. Wolny spacer uliczkami miasta – bo od dworca do rodziny mam ponad 30 minut drogi pieszo. W domu od razu słyszę muzykę i śpiew. I pierwszy raz wchodzę do pokoju, który normalnie jest zamknięty na kłódkę. A w nim siedzący po dwóch stronach mężczyźni grający na różnych instrumentach, śpiewający mantry. Dostaję od gospodarzy herbatę miętową i wsłuchuję się w dźwięki razem z przytuloną do mnie 8-letnią córeczką Skarmy. W domu, w którym mieszkam, w tym pokoju, stoi ołtarz i posągi Buddy. Przy ołtarzu liczne dary – jedzenie, napoje, woda w miseczkach.


Rzmawiam ze Skarmą i mówię mu, że poznałam Sanghasena. Jest zafascynowany i zaskoczony. Pokazuję mu prezenty od Sanghasena.


Zasypiam przy dźwiękach muzyki i śpiewów wydobywających się z pokoju obok – w czapce, rękawiczkach, koszulce termoaktywnej, bluzie, polarze, spodniach, dwóch parach skarpet, w śpiworze, owinięta w folię termoaktywną, przykryta dwoma kocami. Nie, nie było ciepło.


Rankiem czuję się już lepiej i idę po raz pierwszy tak naprawdę spokojnie zwiedzić miasteczko Leh, stolicę Królestwa Ladakh. Kolejne dzwonki modlitewne, ukryte między domami. Pnę się uliczkami w górę. Chcę dotrzeć do pałacu z XVI wieku na wzgórzu, który do początku lat 40. XX wieku był siedzibą władców Ladakhu – później przenieśli się do pobliskiej miejscowości Stock. Przechodzę przez podwórka, spotykam pracujące i krzątające się tam rodziny. Może i jest inna, główna droga, ale ta mi się podoba – do czasu.


Wchodzę w jedną kamienną bramę i dzieje się coś, czego najbardziej się tu obawiałam. Zza murka wyskakuje na mnie duży pies. Mój refleks zadziałał – zasłaniam się zrzuconym ekspresowo z pleców plecakiem i próbuje cofnąć jak najdalej. Pies jest rozwścieczony. Gdy skacze na mnie z murka, w stronę twarzy, odbija się o mój wystawiony plecak i spada z dużej wysokości w dół. Ja tymczasem szybko idę tyłem jak najdalej i potykam się o kamień. Pies ponawia próbę – teraz jestem na ziemi, jest łatwiej… Skacze w moją stronę, bardzo agresywnie warcząc, aż nagle upada – okazuje się, że był na łańcuchu, a ja byłam kilkadziesiąt centymetrów dalej… Podnoszę się, widząc rozwścieczone oczy psa, który próbuje zerwać się z łańcucha, i ruszam jeszcze w szoku w stronę zamku.


Przy wejściu stoją chłopcy i pobierają opłatę. Pytam o bilet papierowy – nie mają. Idą ze mną na górę, a czuję, jak im się spieszy, bym szybko obejrzała i wyszła. A ja tymczasem nigdzie się nie spieszę i zamiast iść za nimi, zaglądam w każdy możliwy zakamarek. Puste zakurzone pokoje. Mijamy świątynie zamkniętą na kłódkę. Pytam, czy można wejść. Nie, nie można. Na przedostatnim poziomie spotykam Japończyka malującego położoną powyżej gompę Tsemo. Pytam, komu się tu płaci. On mówi, że płacił chłopcom, 100 rupii. Dziewczyna ze Szwajcarii, Denis (bez domu, wciąż w podróży, czasem pracująca jako pielęgniarka, by mieć pieniądze na podróże), którą spotykam chwilę później, mówi, że także zapłaciła 100 rupii tym chłopcom. Ok, może rzeczywiście trzeba im zapłacić, a ja taka podejrzliwa? Przecież nie w każdym miejscu muszą być kasy i bilety.


Przychodzi do nas mnich i pyta, czy zapłaciliśmy za bilety. Okazuje się, że kiedy tylko nadjechali mnisi, zarządzający tym pałacem, chłopcy ulotnili się. Czyli jednak to nie była nadmierna nieufność z mojej strony. Mnich szuka chłopców, przyprowadza nam kilku do rozpoznania, ale tych wcześniejszych już dawno pewnie w okolicy nie ma. Mnisi nie chcą, żebyśmy po raz drugi płacili za bilety i zapraszają nas do świątyni z posągami.


Ruszam samotnie w górę, do gompy Tsemo. Pnę się po bezdrożach – bo ludzie dojeżdżają tam taksówkami z drugiej strony, gdzie prowadzi droga z miasta. Pod samą gompą przystaję i medytuję na schodach, w ciszy i na odludziu, z widokiem na całe Leh i okolice. Gdy słyszę głosy, ruszam w stronę gompy – nadjechali mnisi. Wchodzimy do kolejnych świątyń, a mnisi opowiadają historie tych miejsc. Znowu piękne posągi, podarunki dla bóstw, księgi buddyjskie.


Gdy schodzę w dół, kładę swój mały kamyk na stos innych – bo gdy tu szłam, spotkałam miejscowego, który to robił i powiedział, że to na szczęscie. Po drodze spotykam bawiące się dzieci, które fotografuję. Kupuje 2 kolejne kolorowe indyjskie torebki oraz to, czego szukałam – makietę z Bodhishawą Kochające Oczy, który to wizerunek Buddy bardzo do mnie przemawia.


W drodze powrotnej, jak codziennie, wstępuję do Dzomsy – centrum ekologicznego, gdzie kupuję oczyszczoną wodę (bo tu nawet ta butelkowana jest niepewna) i codziennie rano oraz wieczorem wypijam sok, który oni każdego dnia przyrządzają z miejscowych suszonych brzoskwiń.
Następny dzień to wolna wędrówka po Leh. Odwiedziłam tybetański rynek. Potem spacer po zakamarkach Leh i odwiedziny w Dzomsie – tym centrum ekologicznym. Pani z centrum zostawia salę pod moją opieką i idzie po zakupy.


Wangchuk jeszcze tu nie wrócił, więc mam więcej czasu na rozkoszowanie się okolicą. Niestety, lada moment region będzie zasypany śniegiem, a drogi nieprzejezdne przez najbliższe 2-4 miesiące, więc to już ostatnie dni, kiedy tu jestem – bo inaczej pozostanie mi opcja wracania do Delhi samolotem, czego nie chcę. Ale pięknie tu, poza sezonem, bo prawie brak turystów, a wszystkie sklepy dla turystów pozamykane. Nie ma już komercyjnych zajęć z medytacji i jogi dla obcokrajowców, a wszystko, czego tu się doświadcza poza sezonem, to już normalne, wolne życie mieszkających tu ludzi.


P.S. Info sprzed chwili (bo wpis wczorajszy) – Wangchuk właśnie powrócił do Leh i lada dzień wyjeżdżam już stąd z nim do Manali.

To też może Cię zainteresować:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.