Stupa w Kushinagar - miejsce, gdzie spalono zwłoki Buddy.
Azja, Indie

Stupa w Kushinagar

Docieram późnym popołudniem do małej wioski, Kushnigar – miejsca, gdzie zmarł Budda. Zanim zdążę zapytać o cokolwiek, miejscowi wskazują mi drogę w prawo. Idę nią, mijając jakieś przydrożne domki i sklepiki. Po hotelach ani śladu.
Kushinagar to wbrew pozorom nie miejsce, gdzie jest wielu buddystów, ale takie, gdzie przeważają inne religie, głównie muzułmanizm i hinduizm. Wchodzę w podwórko buddyjskiej świątyni chińskiej. Skały i kapliczki, z typowo chińskimi ozdobami. Obchodzę wielką złotą kopułę stupy. Pytam spotkanego tam mnicha o miejsce śmierci Budda. Wskazuje mi dużą świątynie. Tam odnajduję leżący posąg Buddy, przykryty bordowym materiałem. Odbywa się właśnie pudża, w której biorę udział. Ludzie śpiewają pieśni. Potem wdaję się w rozmowę z kolejnym mnichem, który mówi mi o stupie Muktabandhana położonej dwa kilometry dalej – o miejscu, gdzie Budda został skremowany. A historia wygląda tak:

„Budda przepowiedział swoją śmierć trzy miesiące wcześniej i ogłosiwszy, iż żadnej nauki nie zatrzymał w zamkniętej dłoni, wyruszył w swoja ostatnią wędrówkę. Po drodze przyjął zaproszenie dobrodusznego kowala, który sam o tym nie wiedząc, poczęstował go trująca potrawą. Budda zgodził się jej skosztować, aby nie sprawić mu zawodu, i tylko pod warunkiem, że nikt inny nie będzie jej jadł. Ciężko chory wyruszył w dalszą drogę do Kushinagar. Miasto to wybrał między innymi dlatego, że tam spotkać miał swojego ostatniego ucznia. Nauki, jakie wygłosił tuz przed śmiercią to wskazówka, aby praktykujący Dharmę stali się schronieniem dla samych siebie i pamiętając o przemijalności, którą Budda im demonstrował, dążyli do najwyższego wyzwolenia. Parinirvanie Buddy towarzyszyło trzęsienie ziemi, dźwięki muzyki i inne niezwykłe znaki. Pozostałe po kremacji relikwie podzielono między ośmiu królów, a w miejscu, gdzie się odbyła, wybudowano stupę.” (buddyzm.pl)

Tymczasem jesteśmy jeszcze pod świątynią z leżącym posągiem Buddy, gdzie pierwszy raz widzę Oświeconego w takiej pozycji – wszystkie inne statuetki, jakie widziałam, to Budda medytujący, ze skrzyżowanymi nogami, lub stojący. Podchodzi do mnie i mnicha dwóch chłopaków, prosząc o wspólne zdjęcie. Mnich mówi mi o tanim miejscu do spania – świątyni Birla. Tam rzeczywiście dostaję tani pokój od palących pod świątynią papierosy Hindusów (zakaz palenia w Indiach, a tym bardziej w miejscach buddyjskich), nie buddystów – ci pierwsi tu przeważają.

Na stoisku kupuję paczkę małych, przypiekanych ziemniaków z papryczkami chili, cebulą i przyprawami. Ruszam w stronę stupy Muktabandhana. Powoli zapada zmrok. Wioska się tu kończy. Mijam jeszcze zamknięte Muzeum Buddyjskie, liczne świątynie buddyjskie – tybetańską, japońską, koreańską, Sri Lanki, a także stoiska z jedzeniem, przy których siedzą miejscowi. W japońskiej świątyni kupuję płytę z muzyką buddyjską. A potem idę dalej, pytając spotkanych po drodze chłopców na motorze o stupę.
– Wsiadaj, podwieziemy Cię – mówią przyjaźnie.

Wskakuję jako trzecia, za Ahmedem i Riadem, na mały motorek, i mkniemy przez niezamieszkałe już tereny do stupy. To rzeczywiście spory kawałek. Pod bramą siedzi dwóch mężczyzn. Brama do stupy już zamknięta – tu, w Indiach, świątynie i stupy są otwarte tylko od wschodu do zachodu słońca. Ale panowie otwierają dla mnie bramę – i tym samym wchodzę z nowymi znajomymi, Ahmedem i Riadem, do miejsca, gdzie prawdopodobnie przechowywane są w stupie święte cząstki Buddy. Tu właśnie odbyła się kremacja Buddy.

Jest już ciemno, widzę więc jedynie zarys ogromnej stupy z cegieł. Postanawiam wrócić tu rankiem. Ahmed i Riad odwożą mnie na motorku do mojej świątyni, gdzie po drodze posilam się po raz kolejny na stoisku i kupuję torbę bananów.

Rankiem ruszam ponownie w stronę stupy Muktabandhana. Mijają mnie małpki idące ulicą, nic sobie z tego nie robiąc. Jedna dźwiga w ustach kukurydzę. Mijam dzieci krzyczące do mnie „Hello! Good morning!” i cieszące się, gdy im z uśmiechem odpowiadam. Inny mały chłopiec mówi: „10 rupii!”. Docieram do stupy. Jest fascynująca – teraz widzę ją za dnia. Z czerwonych cegieł. Spotykam ciekawych mnie mnichów z pobliskiej szkoły, z którymi urządzam pogawędkę.
– O, masz dwie wstążki na ręce od Karmapy! – dziwi się jeden.
Wyjaśniam, że czerwona jest od Karmapy, a bordowa od Lamy Ole Nydahl, który to przeniósł 30 lat temu buddyzm tybetański i rozpowszechnił go w Europie. To zabawna historia, bo Ole Nydahl i jego żona Hannah, Europejczycy, byli poszukiwaczami przygód, swojego miejsca na ziemi. Ole przemycał narkotyki w posążkach Buddy. Kiedy udali się do Nepalu w podróż poślubną, spotkali ówczesnego XVI Karmapę (teraz jest już XVII Karmapa), a ten rozpoznał Olego i dał mu misję rozpowszechnienia Buddyzmu w Europie. To wszystko działo się w Kathmandhu, stolicy Nepalu, gdzie też się wkrótce wybieram. Ale nie wyprzedzajmy faktów.

Zaczarowana stupą, usiadłam pod nią i zaczęłam medytować. Cisza, promienie słońca, w oddali rozmawiający mnisi. Po jakimś czasie zaczęłam obchodzić wokół stupę – regułą jest, że zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Pod nią masa białych kwiatów, lilii.

Spacer do wioski. Muzeum Buddyjskie nadal zamknięte. Jeden chłopak mówi, że możliwe, że otwierają tylko w weekendy. Oglądam po drodze odkopane fundamentt dawnych świątyń. Potem posilam się na zaprzyjaźnionym już stosiku przyprawianą ciecierzycą z cebulą i papryczkami chili, wypijam świeżo wyciskany sok z mandarynek, kupuję siatę bananów i ruszam po swój plecak do świątyni Birla.

Chwilę później łapię już autobus do Gorakhpur, gdzie przesiadam się w kolejny, do Sunouli, przejścia granicznego z Nepalem. Nie mam na celu przekroczenia granicy, ale chcę jedynie dostać się stamtąd do Śrawasti, miejsca, gdzie Budda dokonał kilku cudów. Nikt nie wie, jak tam dojechać dokładnie. Po kilku godzinach w autobusie (bo duże korki, w związku z obchodzonym Festiwalem Diwali, pełnym sztucznych kwiatów, plastikowych figurek hinduskich bóstw, muzyki i girland) wysiadam w Sunouli. Jest późny wieczór. Nie ma żadnego autobusu do Śrawasti. Nie wiadomo, kiedy będzie. Nie wiadomo, jak tam dojechać – nic nie jeździ bezpośrednio. Nikt nie wie, gdzie to jest – ja też, bo nie mam tego miejsca na żadnej mapie.
Spontanicznie ruszam ciemnymi ulicami miasta w stronę przejścia granicznego z Nepalem. Na małym niepozornym stoisku, ze stolikiem i krzesełkami, zostaje wbita przez dziwnych panów nieumundurowanych pieczątka wyjazdowa z Indii. I decyzja sama się podjęła – jestem już między Indiami i Nepalem! Jest noc. Idę dalej, gdzie wypełniam kartę wjazdową do Nepalu i kupuję wizę nepalską na 15 dni za 25 dolarów, a potem wymieniam trochę dolarów na rupie nepalskie. Przyjaźnie do mnie nastawiony chłopak prowadzi mnie do swojego hostelu. Zjadam jeszcze kolację w restauracji, po czym udaję się na zasłużony odpoczynek, w pokoju pełnym komarów, z jaszczurkami i innym robactwem, którego nawet nazw nie znam. A jutro rano o 6:45 będzie autobus do Pokhary. Ja jadę tylko 26 kilometrów stąd, do Lumbini – czyli miejsca, gdzie Budda się urodził.

Pozdrawiam tym razem z Nepalu!

To też może Cię zainteresować:

1 Comment

  1. wspaniale się czytało .. zazdroszczę odwiedzin w Kushnigara i chylę czoła bo Ty jesteś bardzo śmiała i odważna w podróży :^)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.