Mnisi w Ladakh
Azja, Indie, Ladakh

Choglamsar: w świecie mantr

W Buddyjskim Centrum Medytacyjnym w Chaglamsar spędziłam niezapomniane chwile. Rano medytowaliśmy z mnichem nad sobą, pokojem dla świata, śpiewaliśmy mantry. A nie wspomniałam jeszcze, kim jest opisywany przeze mnie mnich. Bhikkhu Sanghasena odwrócił trochę pojęcie dawnego buddyzmu tutaj, nadając mu wiele cech fizycznych, poza duchowymi. Tak jak i w Karma Kagyu, jego mottem jest to, że najważniejsze jest nie ciągłe modlenie się, nie bóg, ale nasze własne szczęście. I po nim to widać! Przy porannej medytacji uderzała we mnie dziwna energia – aż poczułam się słabo. Ale kilka lat temu już poznałam to uczucie – niektóre osoby mają tak mocną energię, a kimś takim rano był Sanghasena. Potem tak energia znalazła sobie miejsce we mnie i poczułam się dobrze.


Po śniadaniu, kolejnych dyskusjach z Emilem i własnej medytacji, poszłam do budynku, gdzie mieszkają mali mnisi – chłopcy w wieku ok. 10 lat. Przywitali mnie serdecznie, a potem pokazali swoje pokoje. Rodzice tych chłopców oddali ich do centrum, by mogli poznawać i zgłębiać nauki Buddy.


Przed 15:00 udałam się na wspólną medytację i wykład Sanghasena do kolejnej świątyni. Po drodze usłyszałam śpiew – mantrę. To chłopcy w swoich bordowych szatach szli rządkiem do świątyni, śpiewając. Pod świątynią dołączyły dziewczynki mniszki, mieszkające z drugiej strony ośrodka, i wszyscy razem chodziliśmy wokół świątyni, śpiewając mantrę. Dołączyły najstarsze kobiety z wioski – taki zwyczaj – z długimi włosami zaplecionymi w warkocze połączone końcówkami ze sobą, bo tak tu się tradycyjnie czeszą.


Zdjęliśmy buty i weszliśmy do świątyni. Usiedliśmy. Wszedł Sanghasena. Zaczął mówić w języku Ladakhu, ale chwilę później i po angielsku. Odbyliśmy kolejną medytację, tym razem krótszą niż poranną, bo byli tu jeszcze młodsi mnisi (5-6 lat), których długa medytacja narazie mogłaby męczyć. Potem mantry, pokłony, opowieści, przypowiastki, wiersze Milarepy (tybetański poeta), śpiewanie mantry przez dziewczynki, małe mniszki z tej sangi, a potem przez wszystkich razem. Wszystko przez dwie godziny.


Na koniec rzędami wszyscy wyszli. Sanghasena powiedział, bym została. Wiedząc, że już tego dnia opuszczam centrum, złożył mi życzenia pięknej drogi, rozwoju i spontanicznie podarował coś, o czym akurat w czasie tej uroczystości w świątyni myślałam – piękną książkę z cytatami buddyjskimi i białą chustę, zarzucaną na szyję; jeden z symboli buddyzmu.


Pożegnałam znajomych z Centrum i ruszyłam w stronę głównej drogi. Zaczęło się robić ciemno – a tu, w Himalajach, słońce zachodzi bardzo szybko. Ciemność mnie nie przeraża, ale raczej psy, których tu pełno, a które wyłaniają się o zmroku. Jednak, jak narazie zauważam, one bardziej boją się ludzi niż ludzie ich.


I nagle wydarzenia znowu przybrały piękny wymiar. Zatrzymał mi się znajomy już pan zarządzający ośrodkiem buddyjskim, który podwiózł mnie do głównej drogi. Tam zobaczyłam, że ucieka mi właśnie autobus, więc, ku zdziwieniu wszystkich z wioski, zaczęłam łapać nocnego już autostopa. Zatrzymał się człowiek jadący do Leh. Bardzo interesująco nam się rozmawiało. Podwiózł mnie prawie pod sam dom. A w domu przywitała mnie moja rodzina tybetańska. Znowu poszłam szybko spać – po ostatnich pobudkach o 5:00 lub 6:00 jakoś zmienił mi się cykl dnia.


A zaraz ruszam do Shey, do kolejnego ważnego dla mnie miejsca buddyjskiego.Pozdrawiam z himalajskiej krainy!

To też może Cię zainteresować:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.