W namiocie na Wadi Rum
Azja, Jordania

Jordania: pustynia Wadi Rum

Najpiękniejsza na świecie – mówią o niej. Pełna nieograniczonych możliwości, różnorodna. Przyciągająca jak ogień, relaksująca jak woda. Nie pozwala o sobie szybko zapomnieć. Wadi Ram!

Wadi Ram to pustynia leżąca na samym południu Jordanii, ok. 500 km od Syrii, na obszarze Pustyni Południowej. Rano, korzystając z internetu w Palmirze, postanowiłam sprawdzić informacje na temat Jordanii – w końcu to tak blisko Syrii. Okazało się, że wizę do tego kraju można kupić na granicy – i to był argument, który zadecydował, że chwilę później łapaliśmy już z Łukaszem stopa w stronę południowej granicy Syrii. W prawdzie Łukasz miał zamiar pozostać w Syrii, by pochodzić po górach, a tylko ja sama chciałam przekroczyć granicę, ale nasza droga wiodła wspólnie na samo południe kraju.

Bar, nasz autostopowy kierowca, z którym właśnie jechaliśmy, zaprosił nas do swojego domu. A była już noc, ok. 22:00. W domu, już ok. 25 km od granicy z Jordanią, powitała nas cała rodzina – żona, siedmioro dzieci, w tym i najstarszy syn, który miał już żonę i dwoje swoich dzieci. Nikt z nich nie znał angielskiego. Żona kierowcy zabrała mnie do innego pokoju i dała do ubrania długą sukienkę zakrywającą całe ciałom po czym zaprosiła na kolację. Tej nocy trochę męczyła mnie gorączka.

 

Rankiem Bar dowiózł nas do głównej drogi, gdzie zakupiliśmy falafle i ruszyliśmy w stronę granicy. Od początku jedynym problemem mogła być tylko wiza powrotna do Syrii z Jordanii – ponieważ tę w paszporcie dostałam tylko na jednokrotny wjazd do kraju. Nie było pewne na 100%, czy na granicy, gdy będę wracać z Jordanii, wbiją mi kolejną syryjską, ale co tam – raz się żyje! Postanowiłam zaryzykować.

 

Łukasz podjechał ze mną do samej granicy, po czym celnik zatrzymał dla mnie autostopa – z racji, że przejście było samochodowe, a nie piesze. Opłata wyjazdowa z Syrii, wiza do Jordanii – i już żegnaj jeden kraju, witaj nowy! Czas na wyzwania samotnej podróży!

 

Wiedziałam tylko tyle – interesują mnie pustynie, szczególnie Wadi Ram. Jest 14:00, czas ruszyć dalej! Z racji, że negatywnie się pisze o autostopowaniu samotnej kobiety po Jordanii, wybadałam sytuację. Pierwsi kierowcy – mieszkańcy okolicznych miast, którzy wytłumaczyli mi, jak dokładnie dojechać do Wadi Ram, a także człowiek ze Sri Lanki mieszkający od kilkunastu lat w Jordanii. Nikt mnie nie zaczepia, nikt nie rzuca aluzjami, mimo że jestem sama – a przecież w Syrii to na porządku dziennym, nawet jak podróżowałam z Łukaszem. Niesamowite krajobrazy – pustynia wszędzie wokół i wyrastające z niej góry.

 

Gdy dojeżdżam do Wadi Ram, jest już noc. Zero świateł, zero ruchu, a to jeszcze ok. 30 km w prawo od głównej drogi. Do tego jeden chłopak oznajmia, że o tej porze już raczej nigdzie nie znajdę noclegu, bo są tu tylko małe campy ukryte na pustyni, bez światła. W końcu z ciemnej drogi zabierają mnie studenci z Amamu, jadący wypocząć na jednym z droższych campów. Ja wysiadam przed bramą do Ram, osady na pustyni, ale jej nie przekraczam, bo spotkany Beduin, Mohammed, dzwoni do swojego przyjaciela mówiącego po angielsku, który objaśnia mi, gdzie mogę spędzić tę noc.

 

I tak o północy ląduję sama w Dish, 10 km od Ram, na Pustynii Południowej.

 

Rano zaczynam swój trip – bez przewodnika, z ogólną mapą okolicy, starając się dotrzeć do obozowisk beduińskich. Dni spędzone na wędrówkach, rozmowach i odwiedzinach. Po zwiedzeniu części pustynii Wadi Ram i okolic ruszam już w stronę Syrii, by spotkać się z Łukaszem i z nim ruszyć dalej. Mam już wszystko, co mnie interesowało.

 

Miejscowi nie kryją zdziwienia, że interesowały mnie tylko jordańskie pustynie. A Petra? A stolica? A ja mam już coraz większą awersję do dużych miast i nie kryję się z tym. Czasem też niektórym kierowcom, podobnie jak w Syrii, trudno zrozumieć, że interesuje mnie autostop i wylotówka, a nie centrum miasta i dworzec autobusowy. No bo jak to – tak autostopem, przed siebie? U nas w kraju to niemożliwe – mówią. I nawet jak tłumaczę, że możliwe, że przejechałam cały kraj w taki sposób, z niedowierzaniem kręcą głowami.

 

Po 500 km i odwiedzinach u rodziny policjanta, który wziął mnie na stopa, na granicy jestem późnym popołudniem. Okazuje się, że są dwie granice obok siebie, więc docieram jeszcze do Łukasza czekającego na tej drugiej,zaliczając po drodze niemiłą przygodę, po czym ruszamy już razem, w stronę Damaszku.

 

Nadchodzi noc i nocleg spada nam znowu prosto z nieba – zabiera nas do siebie, do Adry, Ali. Jego rodzina, składająca się z 36 osób, wita nas serdecznie. Ali jest mechanikiem i mieszka z żoną oraz dwójką dzieci na ostatnim piętrze rodzinnego domu. Dostajemy posiłek i bierzemy prysznic. Rozmawiamy. Szczególne poczucie humoru ma jedna z córek w moim wieku, z którą zaśmiewam się ze wszystkiego do rozpuku. Idziemy spać ok. 2:00 nad ranem.

 

…Godzinę później pędzimy już z Alim do szpitala – Łukasz miał mały problem zdrowotny. Nad ranem wracamy i kładziemy się jeszcze na chwilę. Łukasz dochodzi do siebie po zastrzyku i tabletkach, więc ruszamy dalej. „Czas na Turcję” – myślimy.

 

I gdy tak już podążamy w stronę Turcji, zabiera nas kierowca, który proponuje nocleg w Saficie – wiosce w górach. Od początku miałam taką wizję, że zobaczymy białe domki ukryte gdzieś w górach, ale jakoś tym razem coś nam podpowiada: „Przed siebie!” Chwilę później zaprasza nas kolejny kierowca do siebie na nocleg i posiłek – a to pora jedzenia, bo właśnie od dwóch dni mamy tu Ramadam. Znowu chcemy naprzód, nie zostajemy. Kiedy trzeci kierowca nas zaprasza, nie dajemy się długo prosić. „Stary człowiek i morze” – myślę sobie, patrząc na jego twarz, posturę, przypominając sobie wszystkie książki Hemingwaya.

 

Mahmud zabiera nas do Ras al Basheet, małej wioseczki ukrytej w górach, przy granicy tureckiej. Sama droga do wioski jest magiczna! Południowa Francja, winnice, białe domki na wzgórzach – wykrzykujemy uradowani! Mahmud zaprasza nas do małego hostelu przy samej plaży, po czym godzinę później wraca z domu z kolacją dla nas. Spożywamy ją wspólnie na tarasie hoteliku – ja, Łukasz, Ahmed, kuzyn Mahmuda oraz sam nasz gospodarz.

 

Rankiem przyjeżdża po nas nasz nowy znajomy i zabiera do swojego domku w górach, z niesamowitym widokiem na zatokę, Turcję i okolicę! Dostajemy śniadanie typowo śróziemnomorskie, po czym Mahmud zabiera nas na motocyklu na najwyższą górę, by pokazać nam „najpiękniejszy widok na świecie”. Nie zaprzeczamy, gdy zaczarowani, po wspięciu się motocyklem stromą ścieżką pod górę, rozkoszujemy się widokiem ze szczytu.

 

Gdy wracamy, odwiedzamy rybaka (to zawód większości mężczyzn tutaj), Ahmeda poznanego przy kolacji. Ten częstuje nas yerbą mate, tak bardzo tu popularną, jak i owocem, o skosztowaniu którego marzyłam od dawna, a jakoś nie było okazji – zerwaną prosto z kaktusa opuncją figową! Pijąc mate, zauważamy dużego sokoła na drzewie obok – jest on własnością brata Ahmeda, który jest rybakiem. Sokół jest uwiązany za nogę do drzewa.

 

Mahmud z żoną i córką Norą podwożą nas pod samą granicę turecką, po czym żegnamy się serdecznie. I nam, i im jest smutno – zdążyliśmy się zbliżyć do siebie. Mahmud zaprasza nas, byśmy go odwiedzali. Dawno nie spotkaliśmy tak otwartej rodziny, w szczególności tak otwartego umysłu, jak posiada Mahmud – nie ograniczonego religiami, sztywnymi przekonaniami czy kulturą.

 

A Syria jak ma kolejne niespodzianki, nawet przy wyjeździe! Okazuje się, że już nie 500, jak po wyjeździe z Syrii w stronę Jordanii, a 550 poundsów kosztuje opłata wyjazdowa z kraju! Zostawiliśmy sobie po 500, więc zaczynamy się śmiać – no bo jak to, nie wypuszczą nas z kraju?

 

Ale celnicy żegnają nas serdecznie. A i Turcja wita pozytywnie – mimo, że na naszej wizie jest napisane, że jest jednokrotnego wjazdu, celnicy nam oznajmiają, że nie musimy kupować nowej, bo ta jest ważna jeszcze prawie 2 tygodnie. Nie będziemy się przecież kłócić.

 

Tymczasem łapiemy autostopa do Alanyi (mamy ok. 600 km), wypowiadam głośno życzenie i… mamy nocnego stopa do samego celu, gdzie dojeżdżamy ok. 9 rano.Tym razem pozdrawiam gorąco z Tureckiej Riwiery, najbardziej turystycznego miejsca na naszej trasie, gdzie wypoczywamy pod palmami i rozglądamy się za magicznym miejscem na rozbicie naszego namiotu!

CIĄG DALSZY

To też może Cię zainteresować:

2 Comments

  1. Super, że jesteś w Turcji!! Ja zapraszam do mojego tureckiego raju, to znaczy do Camyuvy i okolic :):)

  2. Hejka Niesamowiszcze:)
    Chyba pierwszy raz czytamy, że Ci się w jakimś kraju Beata nie podobało ;). A przynajmniej takie odnosimy wrażenie.
    Strasznie fajnie, że znowu w drodze.
    Ale! Jak już jesteście w Turcji, to do Iranu musicie podskoczyć;). Przecież rzut beretem! 😉

    Pozdrawiamy:)
    Zaręczeni Kasia i Przemo :D.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.