Afryka, Maroko, Sahara

Z Zagory do M’hamid

W Zagorze spotkaliśmy się z Łukaszem i Rahmounem na dworcu. Rysiu-Misiu widziany po 3 latach nadal sprawiał wrażenie takiego samego. Tak, jakby czas się zupełnie zatrzymał. Nic nie jest jednak constans. Po moim wyjeździe zdał egzamin nauczycielski, uczy w szkole na pustyni, zaczął podróżować i jeździć autostopem. Stał się bardzo ciekawy świata.

Byłem autostopem w Fezie, jechałem 9 dni i spałem po drodze w namiocie! – opowiada. – Bardzo chcę pojechać do Mali, do Timbuktu!
 
Ale i nieustannie przewija się temat pieniędzy, zarobków, dobytku. Nowy dom, nowe urządzenia w nim, plany kupna auta. Świat się zmienia – idzie do przodu, jakkolwiek by tego nie nazwać. Uszczęśliwia, ale i gdzieś tam tli się we mnie jeszcze pytanie – czy nie ma już tych ludzi sprzed lat, dla których rzeczy materialne nie miały znaczenia? Czy ich jeszcze tu spotkam? Bo przecież mieszkaliśmy razem pół roku i pamiętam, jak małą wagę przywiązywali do przedmiotów, a jak wielką do niezależności. Jak jedno potrafiło nie wykluczać drugiego.

W domu w Zagorze, gdzie teraz mieszka rodzina Rahmouna, wita mnie wylewnie cała rodzina. Czuję, jak bardzo tęsknili, ja tak samo. Trzy siostry – Leila, Hzila i Sukaina – rzucają mi się na szyję. Nie możemy się sobą nacieszyć. Zawsze byłyśmy ze sobą bardzo blisko.

Mama przytula mnie do serca. „Mam 4 córki – Leilę, Hzilę, Sukainę i Beatę” – mówi. Tata nie może się nacieszyć tym spotkaniem. Spędzamy czas na rozmowie, piciu przesłodkiej herbaty, śmiechu. Jak gdyby te 3 lata nie miały żadnego znaczenia.

Wieczorem z Łukaszem i Rahmounem idziemy do restauracji w hotelu – do jedynego miejscu w Zagorze, gdzie można kupić alkohol. Dalsza część nocy mija na rozmowach na tarasie, „w hotelu pod milionem gwiazd”, jak nazywamy to miejsce.

Rano budzę się pierwsza i przysiadam się do mamy i taty, którzy nie śpią już od 5:00 i siedzą w salonie na podłodze.  Urodzeni i wychowani na pustyni, kultywują nadal naturalny rytm dnia. Częstują mnie chlebem maczanym w oliwie, dżemem daktylowym i herbatą. Kiedy budzi się pozostała część rodziny, żegnamy się na chwilę, bo chcę już ruszyć do M’hamid na pustynię.

Bus już stoi – ale to nie ma znaczenia, bo ruszy dopiero, jak się zapełni. Wrzucamy z Łukaszem plecaki na dach i idziemy z Rahmounem do jego kolegi, by w cieniu wypić z nim herbatę.

Po ponad godzinie bus jest już do drogi gotowy. Wsiadamy – a ja nie mogę nacieszyć się widokiem tak bliskich mi ludzi, którzy z nami jadą. Nomadzi z M’hamid. Wszędzie ich poznam – po stroju, dodatkach, akcencie, okrzykach, słowach, jakich nie używa się nigdzie indziej poza M’hamid.

Po drodze poznaję coraz więcej. Oazy. Palmy z gajach. Kazby. Mijamy kilka wiosek, które odwiedzałam. W końcu zaś dojeżdżamy do M’hamid, którego prawie nie poznaję. Placyk z latarniami, ławki. Asfalt w wiosce zamiast drogi z piasku! Nowe hotele, agencje organizujące tripy, restauracje.
– Trzy lata temu, gdy stąd wyjechałaś, zmieniło się wiele – tłumaczy Rahmoun. – To już nowoczesna miejscowość, a nie wioska, jaką znasz.

„Dwa światy” – napisałam kiedyś taki tekst na blogu o M’hamid. Czyżby te światy zaczęły się przenikać? Coraz więcej nomadów pracujących z turystami. Coraz bardziej w głąb wioski przesuwa się granica, jaką turyści mogą przekroczyć. I – przede wszystkim – coraz więcej turystów.

Rozglądam się wokół i układam myśli. Ale nie długo – bo już witają się ze mną miejscowi. Niektórzy chłopcy z części turystycznej już z M’hamid wyjechali do swoich europejskich kobiet. Część rozkręca biznes tu na miejscu. Prawdziwi nomadzi zaś poszli przed siebie, a do wioski przybyła część nowych.

Jest już prąd na stałe, jest szybki Internet, światło. Nowoczesna wioska, która kiedyś była częścią natury, pustyni. Jak tamten czas ocalić od zapomnienia? Jak ocalić rytuały pustyni, jej naturalnie płynący czas, ludzi podążających przed siebie? I czemu tak tego potrzebuję – chyba tylko ja? Tak ciężko mi się z tym pogodzić, choć, paradoksalnie, nie mam na to żadnego wpływu i nie powinno mnie to tak poruszać. A jednak.

Tymczasem Ali zaprasza mnie na Chigagę. Niczego bardziej nie pragnęłam niż znaleźć się w tym magicznym miejscu, w którym rozpoczęła się moja miłość do Sahary. Dwie godziny jazdy 4×4 przez piaski Sahary od M’hamid. Najrozleglejsze wydmy północnej Sahary. Miejsce magiczne dla mnie, dla nomadów.

Czas, w którym rytm dnia wyznacza słońce.

To też może Cię zainteresować:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.