Petronas Tower w Kuala Lumpur
Azja, Malezja

Błotnisty zbieg – Kuala Lumpur!

Po przygodzie w Indiach na transferze i zaginionym plecaku, który się odnalazł w porcie docelowym, wylądowałam w Kuala Lumpur, którego nazwa znaczy nie mniej, nie więcej niż to, co w tytule. Kuala Lumpur o 6:00 rano, po wyjściu z samolotu, przywitało zapachami kwitnących właśnie kwiatów. Lubię takie powitania – taką zapowiedź, namiastkę kraju. Po drodze z lotniska do centrum miasta nie mogłam oderwać wzroku od mijanych za szybami krajobrazów – palmy, tropikalna roślinność, zielone niskie wzgórza.

Po dojechaniu do centrum olbrzymiego miasta z licznymi wieżowcami pierwszym celem była dzielnica Little India. Smaki, zapachy, kolory – małe Indie w wielkim mieście. Kadzidła, głośna hinduska muzyka i knajpki, jakie pamiętam z Indii. Roti canai z sosami smakowało wyśmienicie, a masala tea z mlekiem kokosowym zwalała z nóg. A wszystko razem za ok. 4 zł. w hinduskiej knajpce, w której większość potraw podaje się na liściach bananowca.

To właśnie jest w Malezji fascynujące, że żyje tu taka mieszanka kulturowa ludzi, którzy cały czas pielęgnują swoje odrębne tradycje. Hindusi z Little India, Chińczycy z Chinatown, Malezyjczycy różnych kultur i wyznań.

I czy ja kiedykolwiek mówiłam/pisałam, że Indie to raj dla wegan? Jeśli tak, to Malezja bije je na głowę! Wegańskie puddingi w Chinatown, na każdym kroku mleko sojowe z dodatkami róży (polecam!) lub pszenicy, w każdym barze wiele dań wegańskich. Raj!

Tuż obok centrum jest Garden Lake. Z folderami z informacji turystycznej i z wytęsknionymi beedi siadam na ławce otaczającej wielkie drzewo orzecha brazylijskiego. Powoli przyzwyczajam się do klimatu – temperatura bardzo wysoka, do tego wilgotne powietrze. Odwiedzam pobliski park maleńkich jeleni, chodzę po drewnianych mostach, mijam park orchidei, hibiskusa, ptaków tropikalnych i motyli, po czym chowam się przed deszczem w Chinatown żyjącym swoim własnym życiem. Pada raz dziennie, około 20 minut, po czym znowu wychodzi słońce.

W Chinatown rozkoszuję się kolejnymi smakołykami, choć już nie zapachami, niestety, bo tu już nie tak czysto jak w Little India. A może zapach świeżego mięsa mnie tak odstrasza. Ale ciekawego jedzenia sporo. Tu przekąski algowe z papryką, tam rambutan i longan. Większość owoców widzę pierwszy raz w życiu.

Wieczorem znowu Little India i masala dosa. Czy ja w czasie tej podróży będę już tylko pisać o jedzeniu? W dzielnicy praca wrze, choć każdy pracuje w swoim tempie. Ktoś naprawia i pastuje buty, inny robi długie sploty z kwiatów, które później kobiety hinduskie noszą we włosach. Gdzieś obok, dzielnice dalej, czuć już Ramadan. Muzułmanie poszczą cały dzień, a wieczorem o 19:30 siadają do kolacji zwanej iftarem. Chińczycy też mają właśnie swoje święto – rozpalają przy drogach ogniska, palą świece i odprawiają modlitwy. To też czas na posiłek.

O 22:00 spotykamy się z hostem Nazrul. Jedziemy autem do jego mieszkania położonego pół godziny jazdy od centrum. Nazrul okazuje się przemiłym młodym chłopakiem, który do KL przybył z miasteczka na jednej z wysp – i tak mu się spodobało, że zamieszkał w stolicy. Jego dwa perskie koty, Julie i Lola, absorbują do reszty, ale i miło nam się rozmawia, tak więc spać kładziemy się o 2:00.

…by następnego dnia obudzić się i stwierdzić z przerażeniem, że już 11:00! Jet lag. Między Malezją a Polską jest 6 godzin różnicy, na plus dla Malezji. Do tego Nazrul, jak większość Malezyjczyków w takich wieżowcach, ma tylko 1 okno na zewnątrz w mieszkaniu, a reszta wychodzi do wewnątrz, gdzie na środku wieżowca nie ma dachu i wpada światło. A że i jego niewiele, mój organizm widocznie uznał, że wciąż jest noc.

Nazrul wyjaśnił, dlaczego numeracja pięter w windzie to 1, 2, 3, 3a, 5, a potem 12, 13, 13a, 15. Gdzie 4 i 14? Otóż Chińczycy uważają 4 za pechową liczbę i nie nazywają tak pięter. Nazrul jest Malezyjczykiem, ale spodobał mu się ten zwyczaj. To, co również można było w bloku zaobserwować, to liczne małe ozdobne ogródki przed drzwiami do mieszkań (najpierw jest krata, potem mała przestrzeń na buty i zielone ogródki z białymi płaskimi kamykami, a dopiero potem drzwi).

Po szybkim prysznicu – tu bez tego ani rusz – pędem do metra i do Little India na (a jakże!) obiad, a potem do Petronas Twin Towers, jednego z najwyższych budynków na świecie (88 pięter). W metrze lista zakazów – zakaz jedzenia, zakaz picia. Chwilę później mija mnie kobieta w koszulce: „Przeżyłam w Singapurze” i z rysunkami zakazów, z których to miejsce słynie, np. zakaz żucia gumy.

Stacja KLCC to już największe centrum handlowe w Malezji. I część Petronas Twin Towers, do którego biletów o tej porze już oczywiście brak. Ale trafiam na koncert muzyki malezyjskiej, kupuje suszone mandarynki i siadam na schodach do PTT z widokiem na pobliski park ze zbiornikami wodnymi, tropikalnymi drzewami i roślinami, altankami, basenem i wodospadem. Ucinam pogawędkę z Pakistańczykiem, który mieszkał kilka lat w Arabii Saudyjskiej, potem Singapurze, a teraz pracuje w KL. W deszczu wędruję po parku.

Zachwyca mnie w Kuala Lumpur to, że wielkie budynki przeplatają się z namiastką dżungli. Nie do końca byłam pewna, czy chcę jechać do stolicy, ale kiedy zaczęłam wędrować po tym mieście, wszelkie moje wątpliwości zniknęły.

Kiedy wracam już do mieszkania Nazrul, czeka na mnie niespodzianka – iftarowy malezyjski smakołyk i po 23:00 wspólna kilkugodzinna podróż po nocnym KL. Największy meczet, podświetlany most, różne dzielnice. I kiedy kładę się spać, nie jestem już taka pewna, czy następnego dnia wstanę w miarę wcześnie – a czas już ruszyć do kolejnych malezyjskich miejsc.

To też może Cię zainteresować:

6 Comments

  1. Gość: Monika, 89-76-23-243.dynamic.chello.pl says:

    Przeczytałam relację z wypiekami na twarzy. Cudnie! Cieszę się, że tak miło spędzacie czas i tyle magii jest wokół Was. Zdjęcia też cudne – miło zobaczyć Twoją uśmiechniętą twarz, Beatko. Brakuje mi tego uśmiechu. Zwiedzajcie, bawcie się, smakujcie, a potem wracajcie tu do nas i opowiadajcie! Gorące pozdrowienia z Polski dla Was i wszystkich napotkanych ludzi, którzy okażą Wam serdeczność. Obyście tylko takich spotykali na swej drodze. Czekam na dalszą część relacji. Buziaki :*

  2. Aaa!:) Dziękuję:* Coś Tobie dzisiaj wysłałam pocztą:)

  3. Gość: tomek, 87-205-229-225.adsl.inetia.pl says:

    Piękne przeżycia. Sam bym tak chciał kiedyś popodróżować… 🙂 pozdrawiam :))

  4. Gość: Justyna, 110.159.237.16* says:

    Witam,

    Bardzo milo sie czyta Twoje wpisy 🙂 Mieszkam w Malezji od ponad roku i przyznam, szczerze, milo byloby spotkac sie i porozmawiac po polsku 😉
    Jesli jestes jeszcze w KL, odpisz…

    Pozdrawiam

  5. Tomek – trzymam kciuki:)
    Justyna – kilka dni temu wyjechałam z KL… Szkoda, bo chętnie bym się z Tobą spotkała. Studiujesz w Malezji?
    Lalla

  6. Gość: Justyna, 175.143.180.12* says:

    Szkoda… 🙁 Planujesz tu wrocic ?
    Pracuje.
    Najpiekniejsze miejsce na Bali wg Ciebie ? Planuje zwiedzic Indonezje 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.