Bali
Azja, Bali

Balijska droga na wschód

Po nocy w leśnej chatce u Made i Koman, siedzimy rano przed domem i pijemy kawę przyrządzoną z ziaren z pobliskich krzaków przez mamę Made. Koman częstuje ryżem z tempehem, tofu, chili i warzywami. Nie je tylko mama – pół dnia pali papierosy i pije kawę, a dopiero później coś zjada.

Koman rozkłada w okolicy świątyni liście z ryżem dla bóstw. Krok w krok podążają za nią jej własne trzy psy i wszystko skrupulatnie wyjadają.

Koman wybiera się właśnie przed pracą (sprzedaje rękodzieło nieopodal wodospadu GitGit) do przyjaciół, którym urodziło się dziecko. Bierze ze sobą w prezencie ozdobny pojemnik z ryżem. Ruszamy z nią przez las – w stronę głównej drogi na Lovinę, by dostać się w okolice wulkanu Batur, na który planujemy wejść. Podwozi nas chińskie małżeństwo z Denpasar, które przyjechało w okolicę świętować drugie urodziny swojego syna Kefira.

Na przyczepkach aut podążamy w górę. Miejscowi machają przyjaźnie, krajobraz się zmienia na bardziej górzysty. Gdy dojeżdżamy do Kintamani, mamy już pełen widok na Batur – górę i jezioro o tej nazwie. Ludzie jedynie jacyś inni. Nachalni, bez uśmiechu.

Okazuje się, że na wulkan Batur można wejść tylko z wynajętym miejscowym przewodnikiem. W wiosce powstała organizacja miejscowych ludzi, którzy walcząc o pieniądze turystów, nie pozwalając na samodzielne wejście na szczyt. Gdy zjeżdżamy autostopem na dół do wioski pod wulkan i widzimy, że i policji brak, a wszędzie samowolka, rezygnujemy. Jest mrocznie i niemiło. W wiosce pod wulkanem turystów brak.

Będąc nad jeziorem Batur planowałam też pojechać do Trunyan, by zobaczyć tamtejsze obrzędy chowania zwłok zmarłych na wyspie. Po opowieściach kierowców autostopowych też nie mam na to ochoty – miejscowi podają cenę, w miarę niską, a na środku jeziora, wioząc na wyspę, zatrzymują silnik i żądają dodatkowych pieniędzy. Samowolka. Miejscowi z Bali boją się tam jeździć – mówią spotkani kierowcy.

Także samo Kintamani nie zachwyca – mimo widoków na górę oraz rozlaną i zaschniętą wokół czarną lawę. Czym prędzej wystawiam kciuka w odwrotnym kierunku. Nie czuję tego miejsca.

Do samej Loviny, gdzie prowadzą ostatnio wszystkie moje drogi, podwozi chłopak z Kintamani, który od lat pracuje na promie w USA jako kelner (jak wielu Balijczyków). Cały czas podkreśla, jakim jest wysoko postawionym człowiekiem. Także kiedy już wysiadamy, oddychamy z ulgą. Idziemy do jadłodajni (warung), w jakiej byliśmy dzień wcześniej. Kobiety cieszą się na nasz widok i podają to samo, co zamawialiśmy poprzedniego wieczora.

Co dalej? Sama nie wiem. Jest już ciemno. Może aszram koło świątyni buddyjskiej w Banjar? Łapiemy więc stopa. Miejscowy długowłosy kierowca samochodu, który wcześniej się zatrzymał, podjeżdża na motorku zobaczyć, czy wszystko ok. Bardzo chce pomóc, ale nie wie jak. Stoi więc z boku i czeka.

Pod sklepem przed nami zatrzymuje się auto z rodzinką muzułmańską ubraną w uroczyste stroje. Gdy tylko tata nas zauważa, podjeżdża szybko. Nie mówią po angielsku. Tłumaczymy, dokąd chcemy, a on kiwa głową. Nie wiemy nawet, czy ze sklepu planował jechać w tę stronę, czy robi to tylko dla nas. Podaje nam jeszcze kupioną właśnie zmrożoną wodę.

Mamy tylko nadzieję, że wysadzi nas trochę przed aszramem. Możemy się tylko domyślać, jak zareagują mnisi buddyjscy, kiedy uroczyście ubrani muzułmanie przywiozą im do aszramu na noc ludzi, w domyśle swoich znajomych. Bo mimo tego, że w Indonezji króluje islam, tylko na Bali żyją związani ze sobą wyznawcy hinduizmu i buddyzmu. To hinduiści właśnie uciekali z Jawy przed Muzułmanami, a wielu z nich uciekło aż w jawajskie góry, w okolice Bromo.

„Hindusi mają nie po kolei w głowie, są szaleni” – mówią muzułmanie. – „Wydają bardzo duże pieniądze na obrzędy, ceremonie”. „Muzułmanie są sztywni, bez wyobraźni i mało spontaniczni” – śmieją się Hindusi. I dowiaduję się, że dlatego na Jawie i w krajach muzułmańskich nie ma psów (w przeciwieństwie do pełnej psów hinduskiej Bali), bo muzułmanie uważają, że dotknięcie psa jest czymś złym. Kochają, jak prorok Mohammed, koty, zaś nie cierpią psów, bo jeden z nich pogryzł ich Proroka.

I nie myli mnie przeczucie – kiedy ubrana w tradycyjne uroczyste stroje muzułmańska rodzina tłumaczy mnichowi buddyjskiemu (nie mówiącemu po angielsku), że nas tu przywiozła na nocleg, mnich stanowczo odmawia i szybko się wycofuje. Ojciec, Adi, pakuje nas z powrotem do auta i ciepło zaprasza na nocleg do siebie. Jedziemy więc z rodzinką do Siharaja – jedynego miasteczka na Bali, gdzie mieszka duża ilość muzułmanów. W domu Adi częstuje kawą, przesłodką herbatą z miodem i brązowym cukrem, słodyczami, snake fruit, a syn próbuje co nieco przetłumaczyć ze słownikiem w ręku. Mieszkają w domu po Hindusach – na ścianach rzeźby hinduskich bóstw poprzykrywane przez plakaty związane z islamem. „Muzułmanie są solidarni z ludźmi, lubią pomagać” – mówi sympatyczny Adi z uśmiechem.

Nocleg dostajemy w ich starym domu, którzy stoi obok nowego, na tym samym podwórku. Pokój nie był dawno używany – masa kurzu w powietrzu, aż ciężko oddychać. Dużo robactwa. Po raz drugi w tej podróży więc rozbijamy na materacu namiot jako moskitierę.

Jeszcze tej samej nocy syn i córka Adiego przynoszą nam do pokoju duży zapas wody i gotowaną kukurydzę. Dostajemy też talerz owoców snake fruit, które nam tak bardzo zasmakowały.

Syn Adiego przychodzi rano z zaproszeniem na śniadanie. Zanim jednak ono zostanie przyrządzone, dostajemy kukurydzę, ciastka, herbatę i kawę. „Możecie tu zostać tyle dni, ile tylko chcecie” – tłumaczy nam słowa Adiego syn. Nie chcemy jednak dłużej – po pierwsze męczy nas unoszący się wszędzie w starym domu kurz, a po drugie: mamy ochotę ruszyć już powoli na wschód kraju.

Po ponad godzinie rozmowy żona Adiego przynosi wielkie śniadanie – jest ryż, tofu, najsmaczniejszy do tej pory tempeh, warzywna zupa do polania ryżu, świeże warzywa: fasola, sałata, ogórek, mięta, a do tego świeży sos chili, który Balijczycy wprost uwielbiają. Chwilę później żegnamy się już z Adim i jego rodziną – i ruszamy na główną drogę, ku przygodzie!

…Ku przygodzi dosłownie, bo auto, które od razu się zatrzymuje, jest już jej zapowiedzią. Szaleni, wytatuowani (tutaj to bardzo popularne) Hindusi pędzą właśnie z Loviny do swojej rodzinnej wsi na kilka godzin. Zapraszają na przyrodżny obiad i zimną herbatę, a chwilę później spontanicznie oznajmiają: „Jeśli chcecie zamieszkać z naszą rodziną, damy Wam za darmo cały pusty dom stojący na tym samym podwórku!”. Okazuje się, że jeden z nich jest jego właścicielem, ale odkąd mieszka z żoną w Lovinie, dom stoi pusty. I kiedy zajeżdżamy już na wschodnie wybrzeże, skręcamy w las i jedziemy wśród palm, ananasów i kokosów, czuję się jak w raju. Dom stoi prawie na plaży! Wokół natura, nic więcej!

Witamy się z mamą, która ma 85 lat i chodzi nieskrępowana rozebrana od pasa w górę po podwórku. Wita nas 100-letni tata. Mieszkają tu też córki jednego z braci oraz kolejny brat. „Możecie zostać tu za darmo tak długo, jak tylko macie ochotę” – oznajmiają bracia. – „Nasza mama gotuje pyszne balijskie przysmaki!”.

…To, co się przydarza jest tak bardzo magią! Mamy piękny domek tylko dla siebie na zielonym, pełnym kwiatów, drzew z mango i papają podwórku, a leżąc w łóżku, słyszymy głośno szum morskich fal. Woda jest bardzo czysta, plaża piękna, wulkanicznie czarna, a wioska tak nieturystyczna, że wszyscy na nasz widok robią wielkie oczy.

I tak mijają dni w małym, otoczonym palmami, morzem i egzotycznymi owocami raju, który jest teraz naszą bazą wypadową i miejscem ukojenia.

Magia Bali. Magia życia.

To też może Cię zainteresować:

2 Comments

  1. Beatko, Twoje opisy sa cudowne i zachecaja do natychmiastowego spakowania plecaka i wyjazdu na Bali. Pozdarwiam z Marakeszu i czekam z niecierpliwosica:)

  2. Dzięki:) I mam nadzieję, że do zobaczenia wkrótce – mimo że Marakesz nie będzie mi jednak w tym roku po drodze. Uściski!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.