Moim zdaniem

Proszę się zakochać!

Jest takie miasteczko Gucza. Spokojne miasto, które każdego roku przez kilka sierpniowych dni rozbrzmiewa echem trąb, przy których bawi się prawie pół miliona ludzi.

A wszystko przez najsłynniejszy na świecie Festiwal gry na trąbce. Festiwal, którego korzenie sięgają roku 1831, ma tak wielkie znaczenie, że na te kilka dni zamiera życie w całej Serbii, a oczy wszystkich skupiają się właśnie na tym miejscu. Miasteczko z prowincjonalnego spokojnego osiedla zmienia się w centrum życia kulturalnego kraju.

„(…)Gucza – najsłynniejszy na świecie festiwal gry na trąbce. Mówią, że kiedy tu zagrasz, stajesz się mężczyzną. Tu odbywają się niezapomniane pojedynki trębaczy, w których muzyka staje się orężem w walce o honor i sławę(…)”

I właśnie na tym wydarzeniu fabułę swojego filmu „Gucza. Pojedynek na trąbki” oparł Dušan Milić. Jak sam mówi: „Tym razem pojedynek będzie wyjątkowy. Młody cygański chłopak – Romeo musi bowiem udowodnić ojcu pięknej Julianny, że, choć ma ciemną skórę, zasługuje na miłość jego córki. Stoi przed nim jednak ogromne wyzwanie – musi pokonać w grze na trąbce najsłynniejszego trębacza w Serbii. Prawdziwie bajkowa historia pięknej miłości opowiedziana w gorącym bułgarskim stylu, pełna porywającej muzyki i ciepłego poczucia humoru.”

I odbiegając od oceny filmu – jest co najmniej jeden aspekt, dla którego warto go obejrzeć. Trąbka właśnie. Bo ten instrument nigdy jakoś szczególnie mnie nie poruszał. Nie powodował dreszczu emocji, nie porywał. Po filmie zaś odwróciło się wszystko. Za dźwiękiem trąbki podążyły moje skryte pragnienia, moja cygańska dusza.

Bez zastanowienia więc popędziłam, w doborowym towarzystwie Hani i Kasi, w ostatni dzień września do klimatycznej gdańskiej Oliwy, do Kafe Delfin, kiedy ogłoszono, że zagra tam zespół Vladimirska. Sam zespół określa swoją stylistyczną mieszankę jako muzykę „retro-cyrkowo-folkową”. To trochę klimat kolorowego straganu z XIX wieku, odrobinę ukraińskiego stepowego folku, coś z bałkańskiego wesela i melodii jak ze starych wędrownych cyrków z początku XX wieku. To wreszcie trochę środkowoeuropejskiej melancholii, atmosfery cyganerii i klezmerskiego jazzu. Mimo, iż repertuar grupy składa się z autorskiego materiału, każdy dźwięk przenosi w czasie i przestrzeni.

Nie gramy autentycznej muzyki cyrkowej z tamtych czasów. Wyobrażamy sobie i tworzymy numery, które mają w sobie ducha takiej muzyki. Moglibyśmy być zespołem, który podróżowałby z trupą teatralną lub cyrkową przez całą Europę, zbierając po drodze popularne melodie, inspirując się ludową muzyką różnych europejskich krajów, zwłaszcza na wschodzie tego kontynentu”, mówi Scotia Gilroy, kanadyjka, założycielka, akordeonistka i kompozytorka.

Wisienką na torcie są utwory, podczas których daje się poznać także głos Scotii. A śpiewa ona o tańczącym niedźwiedziu i o krokodylu, który postanowił uciec z cyrku. W tle snują się opowieści o wilkołakach i niedźwiedziach, a zamykając oczy można się niemal natychmiast teleportować w świat wędrownych teatrów i trup cyrkowych sprzed co najmniej stu lat.

I chyba nie pozostaje nic więcej, jak z Vladimirską trąbką przenieść się w świat wędrownych trup cyrkowych, cyganerii, bałkańskiej magii. By dać się ponieść najbardziej skrywanym pragnieniom, tym mniej bezpiecznym, o włóczędze, karawanach, muzyce w tle.

Jak apeluje lider Voo Voo, Wojciech Waglewski, największy wielbiciel tej orkiestry: „Proszę sobie posłuchać. Proszę się zakochać!”.

Nic dodać, nic ująć.

To też może Cię zainteresować:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.