Azja, Tajlandia

Jak jazda na rowerze…

 
Życie jest jak jazda na rowerze. Żeby utrzymać równowagę musisz się poruszać naprzód.

 

Zdanie to towarzyszy mi w takiej czy innej formie od lat, choć Einstein ujął to nad wyraz trafnie. Ruch, który rozwija. Poruszanie się do przodu i odważne sięganie po nowe. Sztuka życia, sposób na równowagę i wewnętrzne szczęście.

 

W tym rozumieniu szczęście jest bowiem odważną podróżą po zakątkach naszego umysłu, codzienności, zmysłów i pasji. Każdego dnia, czy to spędzonego na kanapie z książką, czy w długiej rowerowej trasie, jest się właśnie w najbardziej potrzebnym ruchu. Rozwój ma różne odcienie – kwestia tego, jaki kolor jest danego dnia najlepszy.

 

Dla mnie ostatni bangkocki weekend, ten z serii W objęciach wielkiego miasta, miał kolory głębokiego burgundu, granatowego sztormu i rozbielonej sennie przestrzeni późna nocą, gdy za oknem pokryła świat ściana deszczu. Pachniał świeżym chlebem na zakwasie z twardą skórka, świeżym koktajlem z jarmużu i nocami pełnymi rozmów, na które ciągle czasu za mało. Rozbrzmiewał rockową muzyką, mieszał zapach trawy cytrynowej ze skapującym na białą koszulkę passion fruit, a całe ciało rozedrgane emocjami przemierzało kilometry w poszukiwaniu kolejnych zakamarków wielkiego miasta.

 

 

Życie jak jazda na rowerze… Przeczytałam ten cytat w czwartkową noc, tuż po tym, gdy pusty jeszcze pobliski night market otwierał swe podwoje przed zbliżającym się weekendem. Ludzi było niewielu. W końcu nazajutrz dzień pracujacy. Wędrując po przylegającym do parku markecie odkrywalam coraz to nowe knajpki i klimatyczne stoiska. Tej nocy hippisowski, rock&roll’owy klimat wkradał się już pod skórę na dobre, a weekend zapowiadał się co najmniej mocno i wyraźnie. Czwartkowe noc stała się więc prologiem. W centralnej części marketu bowiem, w małej włoskiej knajpce widniało: “Life is like riding a bicycle. To keep your balance you must keep moving”.

 

Night market wciągnął na dobre. Przez chwilę, słuchając rockowej, gitarowej muzyki miałam wrażenie, że bangkocki świat pozostawiłam daleko w tyle, a tu oto właśnie otwiera się przede mną świat dzikich prerii i rozległych terenów. A pośród tego wszystkiego malutkie miasteczko, w którym mam przyjemność gościć. Drewniane domy, dziki zachód – tej nocy snów na jawie można było mieć wiele. Pozostało tylko nasłuchiwać wycia do księżyca, który tej nocy jak nigdy jawił się swoją jasnością na niebie.

Piątek w pracy przyniósł ulubione smaki. Bowiem tym razem czekała na mnie najlepsza tajska sałatka i kokosowe żelki. Vegan kuchni w pracy nie mam zupełnie nic do zarzucenia, a na sałatkę czekam wiecznie z utęsknieniem. Białe glony, makaron ryżowy, chili, pomidor, cebula – genialne połączenie.

 

Piątkowy wieczór mijał spokojnie w ulubionej włoskiej restauracji na Asok. Ciasto zawsze smakuje tam tak samo dobrze, a nuta Italii rozpływa się w daniach. Właściciele bowiem to włoscy wegetarianie. Smaki czarują, ale może ten wyjątkowy klimat tworzy właśnie to „coś”. Koty. To one rządzą na małym podwórku przed restauracją. Zwykłe miejskie przybłędy, choć teraz już piękne, zadbane, obyte – w końcu to samo centrum miasta, więc jak mogłoby być inaczej! Mają przed restauracją swoje miski, domki, a rozkochani w nich pracownicy dogadzają im smakowo. W pobliżu leżakuje też stary, schorowany, choć otoczony wielką opieką restauracji pies. Takie samo dobro w środku miasta.
Uwielbiam tam jeść i siadać przy dwuosobowym stoliku przy największym oknie. Właściwie jest to przeszklona ściana – od sufitu aż po podłogę. Czekając na dania główne, zagryzając przystawkę, podglądam to miejskie, choć skryte w zanadrzu podwórka życie.

Chwilę później już łapię taksówkę na night market. Tam jestem umówiona tej nocy. O 22:00 ludzi jest już masa. To niepozorne, przestronne miejsce, w piątek wypełnia się tłumem – ale takim z rodzaju tłumu przyjaznego. Wędruję więc, smakuję, rozmawiam i podryguję w rytm nieodłącznego tu rocka. Taki mały piątkowy raj.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Sobota jest chłodna i mokra. A to tylko dlatego, że wczesnym rankiem, kiedy ledwo co za oknem rozpoczyna się dzień, wskakuję do basenu i pływam głodna, spragniona ruchu. Woda otacza ciało ciszą, dźwięki miasta zdają się głucho rozbrzmiewać w przestrzeni, a ja nie spieszę się nigdy i nigdzie. Pływam… Po czym zakładam wygodne buty i ruszam w stronę farmers marketu. Słońce rozświetla delikatnie niebo – powietrze pachnie marokańską pustynią. Tak mi właśnie w ten sobotni poranek pachnie świat.

 

Farmers market wita jak zwykle nowymi smakami i odważnymi połączeniami. Tym razem kupuję pachnący, ciemny chleb na zakwasie, który mam ochotę zjeść ot już tu, teraz. Dorzucam świeże masło orzechowe, jarmuż, passion fruit, sok z trawy cytrynowej i puddingi z kokosa. Przepływam rzekę, wędruję po ciasnych uliczkach, nieopodal tych z setkami aut i motocykli. Kłaniam się Bangkokowi w pas. Tak bardzo kocham to miasto!

 

 

Wygodne buty i przewiewna sukienka to mój ulubiony miejski zestaw wędrowniczy. Nie wiem, ile kilometrów mija, kiedy już głodnieję. Na balkonie wwąchuję się w kojący zapach czarnego chleba. To mój dom. W tych smakach i zapachach odnajduję najmocniejsze tkliwości. Na niebie tymczasem znowu spektakl.

 

I tak jak w Polsce tęsknota za przemijającym latem, tu nachodzi mnie nostalgia, że pora deszczowa, która w Tajlandii jest czymś nieziemsko pięknym, lada chwila się skończy…

 

 

 


I akurat, gdy podążam na sobotnie nocne spotkanie, deszcz znika, a niebo pokrywają coraz to piękniejsze barwy zachodzącego słońca. Idę w tym wędrowniczym nastroju do Agnieszki, do jej pięknego bangkockiego domu, na babski wieczór. Bangkockie Polki są wyjątkowe, noc więc mija na rozmowach różnego kalibru, smakowaniu i byciu po prostu w doskonałym towarzystwie. Magia domu Agnieszki, półek zastawionych książkami, pianina, detali, smaków i smaczków robi swoje. Ta noc mogłaby nie mieć końca. Gdy więc wsiadam w taksówkę o 2:00 nad ranem, wciąż jeszcze jestem w nastroju na to, by słuchać i mówić, zagłębiać się w otchłań tematów mądrych i zwykłych, śmiać się i bawić interakcjami, dawać i brać.

 

 

 

Niedzielę witam równie mocno. Po pływaniu nadchodzi czas śniadania na balkonie. Ono zawsze smakuje. Smakuje mocno początkiem… Gazpacho i warzywa w papierze ryżowym. Nieodłączna Earl Grey.


 

Gdzie nogi poniosą – brzmi niedzielne hasło. Kolejne kilometry, parki, targi i smaki. Całodzienna wędrówka. A potem upragniona cisza mieszkania i skóra, która boli od wrażeń. Truskawkowe spa, fioletowe kwiaty na biurku, pościel pachnąca tajskim olejkiem ananasowym. Sok z awocado i passion fruit. Tofu z orzechami nerkowca. Comfort food. Comfort day.

 

 

Życie jest jak jazda na rowerze. Czasami pędzę do przodu jak szalona, z górki czy pod górkę – to bez znaczenia. A czasami po prostu zsiadam z siodełka i prowadzę rower obok – z bukietem fioletowych kwiatów, w pełnym słońcu, które maluje nowe piegi na mojej twarzy. Czasem spojrzę do tyłu, ale bez większych tkliwości. Choć to właśnie ta przeszłość zbudowała teraźniejszość. Ten ruch właśnie.

 

Ale zazwyczaj patrzę w przyszłośći. I żyję tu i teraz.

To też może Cię zainteresować:

8 Comments

  1. Julia K. says:

    Bardzo podoba mi się to, co napisałaś. Bardzo do mnie dziś trafia.
    Dziękuję! 🙂

  2. Anonymous says:

    Hej Lalla, czy to ten sam market o którym pisałaś mi w piątek? Wow!
    Maxon

  3. Przepiękna torebka na ostatnim zdjęciu!

  4. Anonymous says:

    ładne

  5. Anonymous says:

    Lubię Twoje pisanie. Jaga

  6. rozmarzyłam się

  7. Julia – dziękuję! 🙂
    Maxon – tak, dokładnie ten sam!
    Ana – uwielbiam ją 🙂
    Jaga, Anonim – dziękuję 🙂
    Carrantuohill – co do miejsc czy smaków? 🙂

  8. umiesz zainteresować tematem

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.