Azja, Tajlandia

Wegetariański Festiwal w Tajlandii – szalony sen na jawie!

Nie będę owijać – sama świadomość, że w Tajlandii jest coś takiego jak narodowy Festiwal Wegetariański, od początku robiła na mnie ogromne wrażenie. Jak chyba na każdym wegetarianinie i weganinie zresztą. Bo jak tu nie skakać z radości, kiedy przez tydzień wszystkie sklepy wypełnione są wege jedzeniem, a każda restauracja serwuje wiele dodatkowych wege dań. To była ta znakomita wiadomość, którą przywitała mnie Tajlandia.
Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że w tym roku, pierwszy raz od ponad 180 lat trwania festiwalu, w chińskim kalendarzu lunarnym ten miesiąc występuje 2 razy – i tym samym festiwal będzie 2 razy tego roku! Pierwszy raz na przełomie września i pazdziernika, drugi – dokładnie miesiąc później.
Tego wtedy jeszcze nie wiedziałam, zdawałam sobie sprawę zaś z tego, że ten festiwal to nie tylko jedzenie, To historia, pewna opowieść, która leży u podłoża całego wydarzenia.
Idea narodziła się w pierwszej połowie XIX wieku, kiedy grupa muzyków występujących dla chińskiej mniejszości zamieszkującej wyspę Phuket, nie jedząc mięsa oraz oddając hołd Dziewięciu Bogom-Cesarzom wyleczyła się z dziwnej choroby, która dotknęła całą lokalną społeczność. Miejscowym bardzo spodobał się sposób, w jaki muzycy powrócili do zdrowia i właśnie wtedy, pierwszego wieczora dziewiątego miesiąca księżycowego, wprowadzono w życie pomysł o corocznej organizacji festiwalu, którego celem było i jest przepędzenie złych mocy i sprowadzenie szczęścia. Do dziś więc obchodom święta towarzyszą występy teatrów, muzyków, akrobatów.
 
 
Ale nie oszukujmy się – historia historią, a to, co gra tu główne skrzypce to przecież jedzenie! Czego tu nie ma! Zanim jednak pokażę Wam kilka smakołyków, spójrzcie na ten znak:
Tajski napis „che”, czyli oznaczenie wegetarianizmu. Tak też oznaczone są wszystkie wege produkty w sklepach i stoiska z wege jedzeniem. A konkretnie wegańskie, bo tajskie „che” to jedzenie bez produktów odzwierzęcych oraz cebuli i czosnku. Na ulicach więc przeważały takie właśnie zółto-czerwone znaczki.
Sklepowe półki załadowane były tajskimi smakołykami „che”. Czego tu nie było! Kiełbasy, ryby, steki czy inne potrawy z dodatkami sojowymi.
Przeróżne rodzaje sushi – to była codzienność. Do tego wędliny, pierwsze wege kimchi w życiu, japońskie słodycze, sojowy majonez, przeróżne ciastka… Codziennie do domu przynosiłam torbę wypchaną przysmakami.
Sojowe i kokosowe jogurty, kokosowe puddingi – to królowało w domu na codzień!
 Tajskie uliczne słodycze to już osobna historia…
Na ulicznych straganach królowały przeróżne smaki! Wege burger w ryżu zamiast w bułce…
Mleko sojowe i kokosowe oraz wszelkie napoje na ich bazie lały się litrami!
 Jogurty sojowe z truskawkami zawróciły w głowie – na ulicznym stoisku pojawiałam się co kilka minut i zjadłam na raz… 5! Doskonałość! Jak dla mnie – numer 1 tego festiwalu!
W cukierniach i restauracjach było równie doskonale. Bita śmietana sojowa robiła furorę!

Wegetariańska wersja hot pota wciągnęła na godzinę. Fenomen gotowania w knajpach odkryłam kilka lat temu w Warszawie, tu zaś mogłam spróbować typowo azjatyckiej wersji hot pot. Przegrał z wyważonym pod gust europejskich kubków smakowych polskim bulionem z shitake.

Z Zen Cucina mogłabym nie wychodzić – kuchnia czarowała smakami i doprowadzała do obłędu!
W Sukishi natomiast pierwszy raz spróbowałam kuchni koreańskiej – pikantnego placka i steka zrobionego z tofu.
 Dni mijały mocno, intensywnie. Oczy chciały wciąż jeść więcej niż było w stanie ciało. Smaki wszystkich kuchni świata rozbudzały podniebienie.
Taki był ostatni tydzień właśnie. A najlepsze jest to, że za miesiąc czeka mnie jeszcze powtórka.
Ale jest jeszcze coś lepszego! Kiedy zamieszkałam w Bangkoku rok temu, było to już po festiwalu – nie miałam okazji więc skosztować zeszłorocznych smakołyków. Czekałam niecierpliwie do tej edycji, poznając w międzyczasie wege smaki i smaczki miasta, kraju, regionu oraz kuchni świata. I choć festiwal zaskoczył mnie kilkoma smakami to jednocześnie okazało się, że… większość z tych smakołyków można tu dostać na codzień! Nie wszystkie, nie takie ich nagromadzenie w jednym miejscu o jednym czasie, ale jak się wie, gdzie szukać, to nie jest to problem.
I tym samym szalony vege sen stał się w Bangkoku rzeczywistością! 🙂
Pozdrawiam ze smacznego miasta!
Lalla

To też może Cię zainteresować:

7 Comments

  1. Mila Evil says:

    Smacznie wygląda. Chciałabym być tam za rok…… :*

  2. Mila Evil says:

    A może tak: wpadam za rok, mogę? 🙂

  3. Jaki wege power! Super sprawa. Planuję wybrać się na ten festiwal, mam nadzieję, że w przyszłym roku przy okazji dłuższej azjatyckiej przygody/podróży 🙂

  4. Karolina B. – koniecznie, bo warto! 🙂

  5. […] że ma się wydrukowany znaczek wege – che – o którym więcej możecie przeczytać na blogu. Nie będę owijać – sama świadomość, że w Tajlandii jest coś takiego jak narodowy Festiwal […]

  6. Wygląda przepysznie! Mam nadzieję, że uda mi się kiedyś znaleźć w okolicy podczas tego święta 🙂
    A tak z ciekawości – wiesz, czemu nie jedzą też cebuli i czosnku? Przecież to samo zdrowie, wszystkie choróbska wybija!

    1. Małgorzata says:

      Nie jedzą, bo to w festiwalu wegetariańskim nie chodzi o jedzenie. Lalla ominęła/nie zauważyła istoty tego festiwalu. Nie jest to „narodowy festiwal wegetariański”, tylko chińskie święto religijne rodem z Phuket, jedna z najbardziej krwawych drastycznych ceremonii na świecie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.