Azja, Tajlandia

Zębowa Tajlandia

Ząb jak ząb – nie będzie się przejmował, czy jest w Polsce, Australii czy Tajlandii. Ma boleć – będzie bolał. Od tego momentu do dentystycznego fotela droga niedaleka – tym samym więc oto słów kilka na temat tego, jak tu leczą!

Zacząć należy od podkreślenia jakże odmiennej estetyki tego kraju. Widać to na każdym kroku. Reklama ubezpieczeń – u nas kolory stonowane, budzące zaufanie – w Tajlandii wściekły róż, jaskrawy niebieski czy ostry zielony, a wszystko sygnowane rysunkiem maskotki z wielkimi oczami. Takie maskotki, bajkowe postaci, pojawiają się tu nazbyt często. Ja, siedząca przez lata niemało w temacie marketingu, tego europejskiego, nie czułam się przepełniona zaufaniem do takiej estetyki, a co za nią skojarzeniowo idzie, profesjonalizmu. Gdy więc przeglądając strony bangkockich klinik dentystycznych co rusz natykałam się na takie właśnie obrazy, potrzebowałam dużej motywacji, by się przemóc i do takich miejsc pójść. Setki selfies na instagramie z klientami na fotelach pozującymi razem z dentystami, dodawane dzień w dzień przez kliniki, wesołe, kolorowe strony, na których mniej rzeczowych informacji niż rysunków i postaci – nie budziło to mojego zaufania. Ale wiadomo – mus to mus. Niezależnie od poczucia estetyki.

W drodze powrotnej z pracy zawitałam do małej klinice dentystycznej nieopodal domu. Był już późny wieczór, wpadłam bez umówienia się, ale chęć dowiedzenia się, co dokładnie dzieje się z zębem była silniejsza. Nie obyło się bez gafy, oczywiście, bo sam fakt zdejmowania butów po wejściu do kliniki jakoś mi umknął i jako jedyna przez dłuższą chwilę siedziałam w poczekalni nie boso, a w sandałach. Otóż tak. Nie boso. Bowiem to już kolejne tajskie miejsce związane z leczeniem, gdzie przyjście boso to podstawa.

Nie to jednak dziwiło mnie najbardziej. Bowiem brak drzwi to dopiero był znak zapytania. Taki show na żywo – pacjent na fotelu, dentysta robiący swoje, a cała poczekalnia jako widzowie. Choć, szczerze mówiąc, nikt się jakoś tym szczególnie nie interesował. W drodze powrotnej zajrzałam jeszcze jednak z ciekawości do kolejnej małej kliniki pod domem – i tak, znowu bez butów i drzwi. Specyficznie. Za to sam dentysta, który pierwszy raz w życiu miał na fotelu kogoś spoza Tajlandii, tak się zestresował tym faktem, że głos i ręce trzęsły mu się jak szalone. Podziękowałam 🙂

Korzystając z ubezpieczenia, podreptałam na zabieg do prywatnego szpitala, gdzie pół piętra zajmowała profesjonalna klinika dentystyczna. Standard 5-gwiazdkowego hotelu. Wiadomo. Bangkok słynie właśnie z kilku takich szpitali. Osobista pielęgniarka towarzysząca od poczatku do końca, obowiązkowy serwis przy każdej wizycie – ważenie, mierzenie, ciśnienie – i w końcu fotel. Bez butów, oczywiście. Półotwarte drzwi, komiczna różowa maska na twarz z wyciętym otworem na usta (nigdy się z czymś takim poza Tajlandią nie spotkałam) – jakie to ma znaczenie, gdy jakiś czas później można już zamknąć za sobą drzwi gabinetu na dobre 🙂

Wyszłam – i odetchnęłam. Nie z powodu tego, że już po. Raczej dotarło do mnie nagle, jak takie z pozoru, z punktu widzenia europejskiego, zabawowe, mniej poważne traktowanie sprawy wyluzowuje. Nie bez powodu Bangkok szczyci się tutyłem miasta, do którego od groma obcokrajowców przybywa jako turyści medyczni. Chociaż po europejskich doświadczeniach, z tymże poczuciem estetyki i pojęciem profesjonalizacji wizerunku, przemóc się i zawitać w gabinetach reklamujących się w takiej estetyce przepełnionej maskotkami z wielkimi słodkimi oczami – niełatwo… 😉

To też może Cię zainteresować:

2 Comments

  1. U nas są modne salony dentystyczne z przeszklonymi witrynami. Nie tylko przyszli pacjenci patrzą na zabieg, ale i zwykli przechodnie 😀

  2. Lalla says:

    Baixiaotai – buahahahaha! Padłam! 😀 😀 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.