Azja, Malezja

Malezja. Tam, gdzie droga jest celem.

Malezja. Drogi i bezdroża. Taman Negara, jezioro Chini i Getting Highlands w jeden dzień. W drodze, która sama w sobie jest celem.

Przed siebie

Na wąskiej, lokalnej drodze, zatrzymuje się Raad – chłopak z Jemenu, który od czasu studiów mieszka w Malezji. Gdy pytam o kierunek, w jakim podąża, mówi – „Wsiadaj, sam nie wiem, gdzie jadę, to nie ma znaczenia”. Wsiadam więc zainteresowana tym, co to za nietypowy kierowca mi się trafił.

Patrzę na GPS – nie ma ustawionego celu. „Jadę tam, gdzie akurat mam ochotę – skręcam, gdy mam ochotę. Tak sobie podróżuję”. Ja też czasami tak podróżuję, ale kiedy słyszę to od Raada, zadaję z ciekawości masę pytań. „Gdzie śpię? Tam gdzie akurat się zatrzymam. W aucie, hotelu – obojętnie.”

Raad to Muzułmanin, tęskniący za swoim krajem. „Ale teraz nie jest zbyt dobrze w Jemenie, za dużo wojen – pojedź tam kiedyś, gdy to się skończy, bo warto.” – dodaje. Jedziemy przed siebie przez małe wioski na trasie, a kiedy mówię, że wybieram się do Chini, nad jezioro, nad którym mieszkają Jakunowie, Raad stwierdza – „Czemu by nie Chini?”.

Po kilku godzinach, mknąc przez bardzo rzadko uczęszczane dróżki, dojeżdżamy. Jezioro Chini okazuje się posiadać nieciekawą bazę noclegową, a miasteczko obok nie ma hosteli. Chwila zastanowienia: „Hm… Raad, gdzie teraz pojedziesz?”. „A gdzie Ty byś chciała? Mi obojętnie” – mówi z uśmiechem.

„To może Cameron Highlands…”, choć wiem, że to drugi koniec kraju. – „Chyba tam będę się właśnie kierować”. „No to jedziemy!” – cieszy się Raad.

I mkniemy już w stronę chłodniejszych gór, bo wokół gorące, lepkie powietrze. Przejeżdżamy kraj wszerz. Raad opowiada o swoim ojcu, który ma trzy żony i kilkanaścioro dzieci. O tym, że żony mieszkają w jednym domu, przyjaźnią się. Mówi o swoim barze, jaki założył tu na uniwersytecie, o cofnięciu wizy kucharzowi, o pieniądzach, które jako obcokrajowiec musi zapłacić za to, by mieć w Malezji firmę.

Tymczasem zapadła noc. Wjeżdżamy z Raadem krętymi, wąskimi drogami w góry. Wieczorem żegnamy się w Getting Highlands – takim małym Las Vegas w górach. Raad rusza dalej, przed siebie, tam, gdzie przygoda i droga poprowadzi. Bo droga sama w sobie też jest celem.

Gdy droga jest celem

Dojechać tam. Dotrzeć, wspiąć się, wejść. Zafiksowanie na celu pozwala odrzucić rozpraszacze, skupić się na właściwym krańcu dążenia.

I zarazem – przeoczyć to, co po drodze. Nie znaleźć czasu na rozmowę z miejscowymi spotkanymi w czasie wędrówki. Nie zauważyć tego, co przynosi droga.

Przede wszystkim zaś – skazuje na ciągłe, nieustanne podążanie w stronę celu, który po jakimś czasie mógł już się zdezaktualizować. A na jego miejscu, zauważony przez dobrego obserwatora, który ma oczy dookoła głowy, mógłby pojawić się nowy, ledwo uchwycony, ale równie ważny cel.

Ale tylko wtedy, gdy droga sama w sobie, tak jak w Malezji, też bywa celem.

17

139

34

37

7

To też może Cię zainteresować:

5 Comments

  1. Anonim says:

    Malezja jest moim marzeniem od 5 lat. W tym roku się spełni! 😀
    Piękne zdjęcia!

    1. Lalla says:

      Znakomitego czasu tam Tobie życzę! 🙂

  2. masz świetnego portala

  3. Artur says:

    Droga Lalla’o
    Do Malezji lecimy z końcem kwietnia, to nasz drugi raz. Mam pytanie – czy w trakcie swojego pobytu w tym kraju napotkałaś jakichś uzdrawiaczy, szamanów? Jeśli tak to czy masz jakiekolwiek namiary??

    1. Lalla says:

      Niestety, nie mam żadnych namiarów na takie osoby. Powodzenia!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.