Warszawska Nie-Codzienność

20160720_182226

To już prawie rok w Warszawie. 1 stycznia 2016 r., tuż po tajskiej, szalonej nocy sylwestrowej, lądowałam wieczorem na Okęciu, a kilka dni później o ostatnim roku pisałam tutaj. Po latach, które wywróciły moje życie do góry nogami miał nadejść rok kolejny, który namieszać miał jeszcze bardziej.

Czy tak się stało? Dokładnie. Nowe. Po prostu. Ale wszystko w swoim czasie.  Bo nie o tym dziś chciałam napisać.

Mija prawie rok, odkąd pracuję nad tym, by wszystkie fundamenty były mocne. By być „nogami na ziemi, a głową w chmurach”. Ciągle łapię się na tym, że od kilku lat powtarzam jedno zdanie: „Jestem właśnie w najlepszym momencie mojego życia”. Bo tak od kilku lat rzeczywiście jest. Każde miejsce, każdy kraj czy miasto dało z siebie to, co wyjątkowe. I tak jak ostatnio Bangkok dał natchnienie, szaleństwo i otwarcie nowych, nieznanych wcześniej dróg, tak i Warszawa oferuje to, co w niej na tym etapie najpełniejsze.

Styczniowe wędrówki po lesie nieopodal domu czy parku narodowym okalającym stolice. Lutowe i marcowe wyjazdy w góry i powroty do ciepłego mieszkania pod samym lasem. Kwietniowe spacery po mieście, teatr i kino w ilości hurtowej, majowe obiady w ulubionych knajpkach na świeżym powietrzu, czerwcowe grillowanie i wędrówki nad pobliskie jezioro czy do mieszkających nieopodal Tajek na masaż. Lipcowe i sierpniowe wyjazdy czy targi warzywne z całym polskim bogactwem i różnorodnością smaków. Wrześniowe wędrówki do bibliotek i tysiące przeczytanych stron książek. Październikowa gorąca herbata, listopadowe korzenne ciasta i pierwsze płatki śniegu za oknem. I w końcu – grudniowe święta pełne rodzinnego ciepła i radości.

Zwyczajne? Może. Ale piszę to z perspektywy osoby, która większość swojego dorosłego życia spędziła w podróży. Niewiele razy w życiu miałam okazję zachłysnąć się taką właśnie zwyczajnością. Coroczne świętowania w dżungli, tropikach, na ciepłych piaskach plaż świata, pustyni czy górskich szlakach stały się  wyznacznikiem.

Zawsze jednak powtarzałam sobie, że pomieszkam w stolicy. Tak też się stało – i z racji tego, że miasto było dla mnie raczej nowe, nie czułam „powrotu do Polski” w pełnym tego słowa znaczeniu. Wskakiwałam w mniej znaną rzeczywistość – i podobnie jak w Bangkoku czy w Marakeszu, uczyłam się tej żywiołowej tkanki na nowo. Nie kończyła się podróż – Warszawa była po prostu jej kontynuacją.

Zamykam tym samym kolejny rozdział. Kolejny rok. Rok chyba najmniej podróżniczy od wielu lat, ale tak bardzo mocny – do utraty tchu. O jego intensywności opowiem pewnie jeszcze nie raz, a tymczasem, w sam raz na Nowy Rok, zamiast życzeń, mam dla Was zdanie, które jest moim mottem od lat:

„Życia nie mierzy się ilością oddechów, ale ilością chwil, które zapierają dech w piersiach”

Maya Angelou

Wszystkiego, co najlepsze na Nowy Rok! 🙂

8 thoughts on “Warszawska Nie-Codzienność

  1. Odbywam właśnie podróż po blogach z naszego kalendarza Polki, dziś odkryłam Twój wpis i zwiedzam 😉 Coś mi się wydaje, że zostanę na dłużej 🙂
    Dominika

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.