Azja, Syria

List z Syrii

Czytam kolejną powieść. Ot, rzeczywistość w formie listów. Bo właśnie „Listy z Bangkoku” autorstwa Tajki piszącej pod pseudonimem Botan (Peonia) to opowieść o Bangkoku widzianym oczami chińskiego imigranta. Czytam i układam w głowie mój list.

Kochani,

Tu, gdzie wiedzie mnie droga, przez rozgrzane południowym słońcem ścieżki, ludzkie losy krzyżują się ze sobą w wciąż zaskakujący dla mnie sposób. Bo jak byście nazwali to, co właśnie się przydarza? – pisałabym wzniośle, siedząc w kucki, opierając kartkę papieru o plecak.

Albo w małym, przydrożnym barze, popijając słodką herbatę, kreśliłabym na kartce pożółkłego notesu inne słowa.

Kochani!

Mój czas w Syrii dobiega końca. Po przejechaniu całego kraju, dotarciu na południe Jordanii  i ponownym przekroczeniu granicy syryjskiej nic już nie jest takie samo. Każde spotkanie ma znaczenie.

Myślałam nieraz o tych, którzy zostali w tyle. O celniku i obiedzie z jego rodziną. Beduinach goszczących mnie w swoim namiocie na pustyni. O Barze i jego dużej rodzinie, którzy zaprosili do siebie na noc. O rodzinie Alego, z którą późną nocą, w dużym pokoju ich wiejskiej chaty zjadam ramadanową kolację.

W końcu – myśleć nie przestaję o Mahmudzie.

Tak! Kreśliłabym te słowa w bielonym pokoiku z tarasem, łazienką i aneksem kuchennym, z wielkim oknem wychodzącym na Morze Śródziemne, do którego zaprosił mnie i Łukasza Mahmud. Z małego, nadmorskiego pensjonatu położonego na wzgórzu. Pisałabym chyba tak:

Są oliwki i hummus, pita, lokalne owoce oraz kiszone warzywa. Jest oliwa wytłaczana na miejscu i uderzająca do głowy yerba mate. To wszystko ze swojego domu przywozi późnym wieczorem Mahmud z Ahmedem, swoim kuzynem. Siedzimy na tarasie syryjskiego pensjonatu położonego przy samej plaży, z poznanymi kilka godzin temu Syryjczykami. To jest dopiero niemożliwa możliwość! Aż w głowie się kręci!

Bo wiecie, nie jest to chyba najzwyklejsza rzecz pod słońcem: znaleźć się w tak doskonałej scenerii, a z drugiej strony to chyba magia podróży nastawionej na spotkania. To, że do wieczora może zdarzyć się wszystko! No wszystko!

Mój czas w Syrii przecież już się kończył. Podążałam już, przecież, w stronę tureckiej granicy. Wtedy to właśnie myślałam o tych, którzy zostali w tyle. Czy jeszcze kiedyś ich zobaczę? Czy to, że nie posiadają internetu czy e-maila, odetnie mi do nich drogę już na zawsze?

Bo przecież w tamtej chwili nie mogłam jeszcze wiedzieć, że tak. Że brutalna rzeczywistość, wojna i śmierć pochłonie ten kraj.

Przecież to 2009 rok. Rok 2009 trwa.

A może myślałam nie tylko o tych, co w tyle, ale i o kolejnym dniu, który był ostatnim. Moja syryjska wiza miała już za chwilę stracić ważność. Wiecie – kilkaset kilometrów do tureckiej granicy, dwa dni, autostop. W głowie świadomość, że droga wiedzie już prosto, przed siebie, ku granicy. Za szybą auta co rusz zmieniające się krajobrazy rejestrowane do bólu. Bólu oczu.

Tu, zamiast rozwodzić się nad krajobrazami i ich konotacjami w umyśle podróżnika – opisami, których prawie nikt nie czyta – przeszłabym do konkretów. Bo przecież wtedy właśnie to się wydarzyło.

Pierwszy był ten z Safity. A może raczej pierwsza była ta moja wizja – taki sen na jawie. No bo spójrzcie na to moimi oczami: wioska w górach. Białe domki z bielonymi wnętrzami. Winnice. Pnące się ku niebu winorośle. W Grecji – o tak! Ale w Syrii? A przecież takie miałam przeczucie, że to właśnie zobaczę w Syrii. Myśląc jednak o drodze i miejscach, jakie za mną, mogłabym wątpić w takie zrządzenie losu.

  • Chcecie do Safity? Mam tam dom, pokażę Wam okolice. Jedźmy tam! – proponuje autostopowy kierowca spotkany na drodze.

I choć serce się rwie, bo w oddali i bielone domki na wzgórzu, i zieleń okalająca dróżki… Nie, mówimy. Dziękujemy, ale… Bo gnamy, bo wiza, bo Turcja. Nie. Dziękujemy. Coś nam mówi: przed siebie.

  • Zjedzmy razem ramadanową kolację. Żona i teściowa kończą właśnie gotować. Rano podwiozę was do głównej drogi – mówi on, drugi kierowca, spotkany zaraz po tym z Safity.

I serce znowu się rwie. To już drugie zaproszenie. Ale… Nie. Dziękujemy. Bo wiza. Bo Turcja. Bo celnicy. Bo trzeba gnać, jechać, pędzić. Przed siebie.

Wiecie, myślałam wtedy: a może jednak? A może los chce inaczej? Ten rozdział dopiero się zaczyna, nie kończy – tak właśnie myślałam późnym popołudniem, wsiadając do rozklekotanego auta kolejnego kierowcy. „Stary człowiek i morze”  – wypisz, wymaluj! Ta twarz, postura, głos. No „Stary człowiek i morze”!

  • Mieszkam tam, w górach – powiedział. – Są winnice, białe domy, widok na morze.

Albo napisałabym inaczej, zataczając szersze kregi, starając się pokazać nie tylko drogę, ale i sam cel. Patrząc na małą Grecję w sercu Syrii, powtarzałabym za Przerwą-Tetmajerem:

Bóg odszedł i zanurzył się w morskiej głębinie;
Uniósł trójząb i chwałę.(…)
U rydwanu mu cztery pędziły rumaki,
Siekąc kopytem tafle zielone odmętu(…)

Królestwo boga mórz, trzęsień ziemi i żeglarzy. Miasto Posejdona. Starożytne greckie miejsce owiane setkami legend. Syryjskie Ras el Basheet! To tu, na brzegu Morza Śródziemnego, wśród winnic, bielonych domków i wzgórz, stoi zaprzyjaźniony pensjonat, do którego Mahmud nas zaprasza. Są oliwki i hummus, pita, lokalne owoce oraz kiszone warzywa. Jest oliwa wytwarzana na miejscu i uderzająca do głowy yerba mate. Siedzimy na tarasie syryjskiego pensjonatu położonego przy samej plaży. Niemożliwa możliwość!

O poranku Mahmud przyjeżdża po nas i zabiera na śniadanie do swojego małego domku w górach. Na tarasie z rozpościerającym się widokiem na Morze Śródziemne, czekają już żona i córeczka Nora. A Mahmud mówi: najpiękniejszy widok na świecie jest tam, z tej góry! Pniemy się więc motocyklem na stromy szczyt. Mahmud zna okolice jak własną kieszeń. W dole, na plaży, stoją łodzie, a on jest tym, który łata rybakom sieci.

Nasyceni widokiem, wracamy powoli. Tu, gdzie mieszka rybak Ahmed, kuzyn, zatrzymujmy się na dłużej. Mijamy opuncję figową i sokoła przywiązanego do drzewa. Na zbitym z desek stoliku pod koroną największego na podwórzu drzewa Ahmed stawia 4 szklanki wypełnione po brzegi yerbą. Sączymy powoli mocny, uderzający do głowy napar, gdy gospodarz zrywa się na równe nogi. Opuncje! – mówi, i już kilka minut później gołą dłonią, omijając kolce, zrywa kilka owoców, którymi częstuje przy stole, pod koroną drzewa, tuż obok sokoła.

I mogłabym jeszcze tego listu nie kończyć. Jest przecież nadal biały dzień. Do granicy zdążymy. To już niedaleko. Ważność wizy trwa, herbata cuci, krew w żyłach płynie szybciej, rozmowy coraz wolniej, pies szczeka, ktoś opowiada.

Jest biały dzień przecież. Niemożliwa możliwość. Jest rok 2009. Czas mój w Syrii dobiega końca. Myślę o tych, którzy zostali w tyle…

list z syrii

list z syrii

To też może Cię zainteresować:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.