dim sum
Azja, Tajlandia

Jak się żyje w Bangkoku? Jeden dzień z życia!

5:00 rano. Budzik dzwoni bezlitośnie. Siadam na łóżku, tuż przy wielkim oknie na świat. Bangkok budzi się do życia. A może nie zasypia nigdy? – myślę sobie niecałą godzinę później, gdy łapię już taksówkę do pracy. Sklepy są otwarte, uliczni sprzedawcy i mototaksówkarze już na posterunku. Mijałam ich wszystkich w drodze na BTS, z którego przesiadałam się na kolej, a później na motocykl. Tak oto się stało, że po zmianie pracy dotarcie do niej zajmuje mi ponad godzinę komunikacją miejską lub 40 minut taksówką. Zazwyczaj wybieram to drugie rozwiązanie, bo przejechanie tych 20 km z kierowcą kosztuje mnie prawie tyle samo. Tak, w Bangkoku taksówki nie są drogie.

Macham na taksówkę. Pierwszy kierowca słysząc, dokąd się wybieram, odmawia. Nie ma ochoty na powrót do centrum w korkach – a tak się lada chwila stanie, gdy mieszkańcy obrzeży Bangkoku będą zjeżdżać do pracy do centrum miasta. Mogłam brać ubera! Ale drugi zgadza się bez problemu – ruszamy więc z centralnej części miasta w stronę obrzeży.

Czytam książki w czasie drogi. Mijamy uczniów w obowiązkowych mundurkach, spieszących do szkół, pracowników w uniformach, sprzedawców ulicznych pchających drogą swoje wózki z jedzeniem i ciężarówki przewożące na przyczepach ściśniętych, najtańszych pracowników budowlanych z Birmy czy Kambodży.

Zanim wybije 7:00, jestem w firmie. Czasami, gdy nadchodzi pora deszczowa, muszę jeszcze przeskoczyć przez wielką kałużę przed bramą. Bywa, że cała soi (uliczka) jest zalana i połowa firmy bez butów brodzi w wodzie. Bywa. Nie tylko tu. Ale tym razem przysiadam się w jadalni do Ann z Filipin i Chrisa z RPA. Pijemy kawy, herbaty, czekamy na odprawę.

Zaczyna się o 7:15. Podsumowania, wnioski, inspiracje, pomysły. Te 25 minut potrafi wstawić na nowe tory, dać motywacyjnego kopa – bo przecież czas zacząć już pracę. O 11:00 firma cateringowa uwija się jak w ukropie – lunch gotowy. Mój i kolegi pokój sąsiaduje z jadalnią – często wydająca jedzenie woła nas na samym początku. 12 dań mięsnych, 5 wegańskich. Codziennie inna kuchnia świata. Najczęściej tajska, ale i amerykańska, innym razem indyjska, filipińska, włoska, francuska czy chińska. Mistrzostwo smaku! Nikt nigdy w życiu tak dla mnie nie gotował jak tu, w tej firmie – a do tego lunch dla pracowników jest bezpłatny! Kiedy zmieniłam pracę na tę nową, mimo tego, że do pierwszej miałam 10 minut skuterem, a do tej prawie godzinę (nie zdecydowałam się na wyprowadzenie z dzielnicy, by mieszkać bliżej drugiej pracy), początkową motywacją był wyższy level zawodowy i o niebo lepsze zarobki (choć poprzednie do niskich nie należały). Z czasem doszedł jeszcze ten lunch. Co za feeria smaków w tych 5 wegańskich daniach do wyboru!

O 16 praca się kończy. Mimo 9 godzin (godzinna przerwa na lunch) i wczesnej pobudki prawie nigdy nie czuję się zmęczona. Czy tak działa ten klimat, temperatura, ludzie, rodzaj pracy – a może wszystko na raz? Całoroczne chodzenie do pracy w lekkich butach, sukienkach, na krótki rękaw – przecież to lato w głowie i na ciele. Stąd pewnie i ta lekkość bytu. Mimo profesjonalizmu w firmie.

I kiedy w czasie polskiej zimy zdarzało się czuć, że po pracy dzień się kończy – bo ciemno, zimno, zmęczenie – tu dopiero się zaczyna! Wskakuję na  skuter/do taksówki/metra/BTS/pociągu i lecę na spotkanie. Z Łukaszem, z miastem, ze znajomymi, a często i sama ze sobą. Choć najczęściej po to, by zjeść coś na mieście. W Bangkoku o gotowanie niełatwo – duża część mieszkań nie posiada kuchni, bo je się na zewnątrz. Ja akurat kuchnię mam, ale na tajskie chodzę codziennie! Restauracje w centrach handlowych na ostatnich piętrach, z widokiem na miasto, małe, rodzinne knajpki przy bocznych uliczkach, wyszukane perełki czy street food łapany z biegu na małych stoiskach – wybór niemały. Som tam, pad thai, tom kha, na deser mango sticky rice – to tym razem. Choć codziennie coś nowego, innego, gdzie indziej. Repertuar wegańskich miejsc w Bangkoku mam w małym paluszku. I choć niełatwo w to uwierzyć, przez ponad 2 lata ciągle zaskakuje mnie kolejne, nowe dla mnie tajskie danie. Czy to się nigdy nie skończy? Niech się nie kończy!

Dzień jeszcze młody. Czasami jadę nad rzekę. Innym razem do ulubionego kina, galerii sztuki, parku pełnego piknikowych mat, na koncert, drinka do roof baru czy na fancy targ (albo zwykły targ nieopodal domu). Choć najczęściej wędruję szlakiem smaków. Co jak co, ale w Tajlandii to, co kocham najbardziej, to tajskie jedzenie!

Do domu wracam najczęściej wtedy, gdy już się ściemnia. Na ulicznych stoiskach czy w lokalnych sklepikach robię ostatnie zakupy, chwytam papaję, mango czy ananasa na kolację, po czym w końcu przekraczam próg mieszkania. Na chwilę, bo czeka mnie jeszcze codzienne bieganie lub basen. Mam to szczęście mieć przeznaczone do tego sale w budynku, w którym wynajmuje mieszkanie. Gdy kończę, wskakuję pod prysznic i jak zwykle, kilka razy w tygodniu, o 21-22 idę na tajski masaż stóp. Obok domu mam 5 takich punktów. Korzystam naprzemiennie. W salonie z przyciemnionym światłem wpadam powoli w fazę relaksu. Tuż przed padnięciem do własnego łóżka, bo przecież już za kilka godzin, o 5:00 pobudka do pracy.

 

INTENSYWNIE. Zapytasz pewnie, czy tak codziennie. Tak! W weekendy jeszcze więcej! Apetyt na życie w takim miejscu jak Bangkok nie opuszcza ani na chwilę. W innych miejscach tęsknota za głębokim oddechem od tej intensywności byłaby konieczna, w Bangkoku – o nie, nie trzeba! Miasto takie wielkie, smaki takie różnorodne, ludzie tacy ciekawi, miejsca takie fascynujące.

Czy to się może znudzić po ponad 2 latach? Czy „rajska Tajlandia” to to hit czy kit? Nie zależy to chyba od miejsca, a od człowieka. A raczej od dopasowania człowieka do miejsca. Ja wszystkie wybierałam świadomie, więc zwyczajnie do tych miejsc na danym etapie życia pasowałam. Tu jest klucz.

Dlaczego więc opuściłam po ponad 2 latach Tajlandię? Ostatnią rzeczą, jaką by można było o tym powiedzieć, to to, że mi spowszedniała czy znużyła. O nie! Bangkok do ostatniej chwili kochałam całą sobą, tak jak i Saharę. Po prostu przyszedł taki czas, że nasze wizje się rozjechały. Normalne, gdy podąża się swoją drogą.

Tak żyło się mi, osobie pracującej w międzynarodowej firmie, lubiącej dobre jedzenie i dobrą rozrywkę. Co nie znaczy przecież, że tak żyje miasto. Bangkok ma tysiące odcieni – nie tylko biedę, ale i niewyobrażalne bogactwo. Nie tylko pęd, ale i spokój. Wszystko.

   

  

 

To też może Cię zainteresować:

2 Comments

  1. Ach, ta intensywność życia! I choć nie mieszkam w Bangkoku (a chciałabym się tam udać choooociaż na chwileńkę) to muszę przyznać, że umiejętne wypełnianie dnia pracą i przyjemnościami sprawia, że od razu chce się żyć ‚bardziej’, intensywniej, chce się korzystać z każdej chwili.

    Pozdrawiam!

    1. Lalla says:

      Karolina, jak to mówią: im więcej zajęć, tym bardziej rozszerzają się granice czasu. I dużo w tym prawdy. Czas, który nie przecieka przez palce i jest fajnie wykorzystywany, ładuje energią i podkręca chęć działania. Fajny flow!
      Pozdrawiam ciepło! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.