Góry
Moim zdaniem

Najprostsza droga do tego, by mieć wszystko

Czasami wystarczy jedno słowo, by zmieniło się wiele. Jedno zdanie, by odwrócić myślenie, pokazać inną płaszczyznę. Nie lepszą czy gorszą – po prostu inną. Bez wartościowania.

Rodzimy się i wychowujemy, nasiąkając słowami, pojęciami, znaczeniami. Słowa, z pozoru niby jednoznaczne i skrupulatnie nakreślone semantycznie w słownikach, mają dla nas różne znaczenie. Chociażby wolność – czas w lesie, z dala od cywilizacji? Pełna płynność finansowa pozwalająca na życie całkowicie po swojemu? Kołysanie się do muzyki ulubionego zespołu na nocnym koncercie? A może praca i robienie w jej ramach tego, co kocha się najbardziej?

Po prostu jest tak, że na to pojęcie nakładają się nasza osobowość, temperament, aktualne potrzeby, pragnienia. Bo przecież rodzimy się z różnymi potrzebami. Jedni marzą o ciągłej nauce, doświadczaniu. Inni o stabilizacji, komforcie, stałości. Kolejni o szaleństwie, rzuceniu się w wir przygód. Albo o wszystkim na raz.

A jednocześnie tak wiele nas łączy. Większość z nas chciałaby być zdrowa, stabilna finansowo, mieć czas na to, co kocha najbardziej.

Znasz tekst o „Kobiecie, która chciała wszystko”? Po jego publikacji pokazały się różnice na temat tego, jak różnie postrzegamy to słowo. Bo jak Ty definiujesz wszystko? Dla mnie wszystko to nie: najdroższe kierunki świata, najdroższe restauracje, markowe ubrania, co też nie znaczy, że nie są to rzeczy pożądane. Choć jestem minimalistką hedonistyczną, te powyższe czynniki nie są dla mnie gwarantem szczęścia. Cieszę się, jeśli są. Nie przeszkadza mi bardzo, gdy ich nie ma. Do pewnych dążę bardziej, do innych mniej. Ale ich brak nie jest dla mnie problemem.

To, co nazywam słowem „wszystko” to: rodzina, podróże, pasje, praca, zdrowie, nauka czy rozwój. Rzeczy, na które mogę mieć choć mały wpływ. I tak: do nas należy decyzja, czy zdecydujemy się na założenie rodziny, męża, żonę, partnera czy dziecko, choć przecież jest tak, że nie zawsze mamy ku temu okoliczności i możliwości. My decydujemy, czy zależy nam na podróżach, czy oszczędzamy na nie, stawiamy je wysoko w hierarchii wydatków. Pasje, praca, nauka, rozwój – jeśli tego potrzebujemy, próbujemy to osiągnąć. I zdrowie, na które choć jakikolwiek wpływ też mamy poprzez profilaktykę, odżywianie czy styl życia. Jakikolwiek.

Kiedy więc mówię „wszystko”, myślę: rzeczy, na które mam jakikolwiek wpływ. Nie powtarzam górnolotnie, w oderwaniu od realiów: „Możesz wszystko. Wszystko jest możliwe”. Bo nie jest! Nie masz wpływu na to, czy urodzisz się w bogatym czy biednym domu. Na te pierwsze wartości czy rozumienie świata przekazywane Tobie przez rodzinę, środowisko, w którym spędzasz pierwsze lata swojego życia (teoria 1000 dni). Nie masz wpływu na to, czy urodzisz się jako zdrowy człowiek.

Ale! Teraz, gdy to czytasz, ani Ty, ani ja nie jesteśmy już małymi dziećmi. Mamy jakikolwiek wpływ na to, czy zdecydujemy się na naukę, rozwój, pracę, zarabianie pieniędzy czy założenie rodziny. Czy się uda, czy nie – to już inna sprawa. Ale działać możemy, jeśli chcemy.

A szczęście? Ja rozumiem szczęście jako stan permanentny. Niezależny od tego, czy coś się uda, czy nie. Ale! Pod warunkiem, że jeśli na czymś mi zależy i mam na to wpływ, to próbuję. Rozumiem słowo „szczęście” jako podążanie za sobą, swoimi marzeniami, za tym, czego pragniemy, a co jest dla nas wartością. Za tym słowem „wszystko”. Niezależnie, czy uda się ostatecznie coś osiągnąć, czy nie. Szczęście to po prostu słuchanie (słyszenie) siebie i próby działania tak, aby czuć się dobrze. Ze sobą, z innymi, ze światem. Z tym, co zależy od nas lub tym, na co choć w małej części mamy wpływ. To spokój i harmonia wynikająca z tych małych zmian będących podążaniem, działaniem lub niedziałaniem, jeśli to potrzebne. To zgoda wewnętrzna.

Jako kobieta, która chciała – i chce! – wszystko, rozumiem, że nie mam wpływu i kontroli nad każdym elementem, który mnie otacza. I pewnie, bywa też tak, jak u każdego, że działanie kończy się dla mnie boleśnie. Ale patrzę na to jak na epizody na długiej ścieżce, jaką jest permanentne szczęście. Bo dążę do czegoś. Działam tam, gdzie mam wpływ. Wierzę w małe zmiany, które robią dużo. I w to, że same próby, podążanie za tym, co dla nas ważne, niezależne od efektu końcowego, są już szczęściem. Bo nie jesteśmy bierni. Bo podjęliśmy się tego, popłynęliśmy, daliśmy krok.

Szczęście w tym kontekście to nie zachłanność i wieczny głód jako poszukiwanie jedynej formy zadowolenia, ale próby. Te, które uświadamiają, że choć częściowe podążanie za sobą niesie spokój.

Nie ma gotowego przepisu na życie dla wszystkich. Nikt go dla wszystkich ludzi nie ma, nie wierz w to. Ale rozważ, czy nie działać tam, gdzie masz wpływ, a tam gdzie masz niewielki, a Tobie zależy – przynajmniej starać się coś zmienić. Tam gdzie nie masz żadnego wpływu – jeśli to możliwe, przeboleć, nauczyć się z tym żyć, bo nie masz drugiego życia do wyboru.

Nie wiem, czy to optymistyczne czy pesymistyczne. Ale nie musisz przecież przyjmować tego za pewnik. Po prostu rób to, co dobre dla Ciebie. Bo dla mnie rozumienie właśnie tego to najprostsza droga ku temu, by mieć wszystko.

To też może Cię zainteresować:

2 Comments

  1. Grama says:

    Właśnie tak żyje i jestem zadowolona z lat minionych i wiem ze te które będzie mi dane przeżyć też będą wspaniałe ponieważ umiem cieszyć się z maleńkich moich osiągnięć.

    1. Lalla says:

      Pięknie napisane! Zgadzam się! :*

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.