Maroko z dzieckiem
Afryka, Maroko, Sahara

Sahara i Maroko z dzieckiem – na to uważaj, nie tylko w afrykańskiej podróży!

Podróż z dzieckiem na Saharę? Maroko z dzieckiem? Pewnie! Przecież tyle tam do zobaczenia! Mediny i stare riady, góry, ksary i kasby, ocean czy pustynia. Nie ma w tym olbrzymiej trudności, jeśli masz odpowiednią ilość czasu i budżet na taką podróż. Choć… jednocześnie trudność jest. Są za to informacje, które warto znać, zanim wybierzesz się z dzieckiem do tego północnoafrykańśkiego kraju. Maroko bowiem, w odróżnieniu od krajów europejskich, może Cię bardzo zaskoczyć.

Nasza pierwsza zagraniczna podróż z dzieckiem była na Maltę – pisałam wtedy o niezbędniku niemowlaka. To temat uniwersalny i na pewno wiele z rzeczy, jakie dla Idy zabraliśmy do Maroka powtórzyły się z tymi z Malty. Ale było też kilka innych. Oto moja lista na podróż na Saharę (kwiecień/maj 2018) z 14-miesięczną Idą.

Niezbędnik na podróż do Maroka/na Saharę z dzieckiem: WEŹ WSZYSTKO! Nie żartuję. Oczywiście, możesz założyć, że w Agadirze czy Marrakeszu będziesz biegać po sklepach i szukać potrzebnych Tobie produktów, ale po co? Jeśli nie jedziesz akurat do tych największych marokańskich miast, a wybierasz się na Saharę, to wiedz, że będzie niewiele okazji do zakupu produktów, jakich potrzebujesz. Ba! Jeśli używasz specyficznych rzeczy, np. produktów ekologicznych, tych okazji będzie jeszcze mniej.

Ja wiem, że wszędzie są dzieci. Wiem, że miejscowe matki też używają produktów dla dzieci. Ale uwierz mi – tak jak w większych miastach znajdziesz sklepy z potrzebnymi produktami, tak z dala od nich – będzie ciężko. Ja, znając już na tyle Maroko, a szczególnie Saharę, wzięłam na czas pobytu zapas pieluch i kremów z filtrem (koniecznie minimum faktor 50!). Zabrałam również dostosowane do temperatury ubrania, wózek, nosidło (na zdjęciu powyżej – Tula) i kilka suchych produktów do ugotowania. Do ostatniej chwili zastanawiałam się nad moskitierą dla Idy, ale z racji niewystępowania na tym terenie zagrożeń związanych z ugryzieniem owadów, a także noclegach w dobrej jakości miejscach, nie wzięłam. I słusznie.

Dzięki temu, że spędziłam na Saharze pół roku, wiedziałam, czego mogę się tam spodziewać. I tak jak Maroko z dzieckiem mogłoby być łatwiejsze do zaplanowania, tak ta Sahara po 10 latach to już wyzwanie! Nasza trasa, która wiodła wypożyczonym autem z Agadiru przez Taroudant, Agdz, Zagorę do M’hamid i na Saharę, a w drodze powrotnej zahaczająca o Warzazat, rzuciła nas w tryb samowystarczalności. Tego się spodziewaliśmy, na to byliśmy w dużym stopniu przygotowani, dlatego zanim wyruszy się z dzieckiem do Maroka czy na Saharę, trzeba mieć świadomość wszystkich zagrożeń czy utrudnień w tej pięknej, ale i bardzo trudnej podróży. Oto one.

 

Maroko, a raczej Sahara z dzieckiem – na to uważaj!

Maroko z dzieckiem

 

  • Skorpiony! Planując podróż, miej świadomość, że na terenach pustynnych w najcieplejszych miesiącach mogą pojawić się skorpiony! Zawsze odradzam podróż na Saharę w miesiącach, w których upał jest największy – czerwiec-sierpień. Sama mieszkałam na Saharze do maja 2008 – i tym razem, 10 lat później, również w maju z Sahary wyjechałam.
  • A jak już jesteśmy przy zwierzętach to dzikie psy! W dzień śpią zmęczone upałem, zaś w nocy bywają aktywne na terenach oddalonych od głównych ulic wioski.
  • Brak jedzenia! A raczej: nieodpowiednie jedzenie dla tak małych dzieci. Na Saharę zabraliśmy ze sobą np. płatki owsiane, kasze itp., by móc Idzie przyrządzać w miejscowych kuchniach, z dodatkiem ubogiej oferty lokalnych warzyw i owoców (pustynia, więc takie rarytasy pojawiają się głównie po cotygodniowym souku – poza tym dniem bywa, że kupienie w wiosce pomidora, ogórka czy jabłka jest problemem). Dodatkowo, upał nie sprzyja wytrzymałości jedzenia – wszystko trzeba przygotowywać świeże, na bieżąco.
  • Złej jakości woda! W Maroko wygląda to lepiej, ale na samej Saharze już gorzej – woda jest kiepskiej jakości. Idy rzeczy (talerz, sztućce, bidon, kubek) oraz samą Idę (szczególnie jej twarz i włosy) myliśmy w wodzie butelkowanej, którą kupowaliśmy w miejscowym sklepie w wiosce.
  • Upał! A co za tym idzie, suche i rozgrzane powietrze w miesiącach letnich. My zdecydowaliśmy się na wyjazd przed najgorętszą porą, ale i tak tylko wczesne poranki i późne wieczory spędzaliśmy pod gołym niebem. Pozostały czas – w domach. Filtr i dużo wody – oczywista oczywistość.
  • Brak służby zdrowia, sprzętu medycznego, lekarzy specjalistów na Saharze! Kiedyś już Wam pisałam o tym, że na Saharze w większości przyjmują znachorzy. Podróżując do Maroka z dzieckiem wiedzieliśmy, że chcemy znać (nie w praktyce) pobliskie placówki medyczne i mieć auto do dyspozycji, by w razie problemu móc szybko zareagować. Mieliśmy również prywatne ubezpieczenie z Polski.
  • Kiepskiej jakości foteliki do aut w wypożyczalniach! Z racji, że Ida była na etapie pomiędzy dwoma fotelikami (pierwszym 0-13 oraz drugim 9-25, w którym jeździła już w Polsce, zdecydowaliśmy się zabrać ze sobą ten pierwszy fotelik. Zależało nam, by była wożona tyłem, jak i w ogóle: by ten fotelik był, bo wypożyczenie zdawało się być niemożliwe (proponowano nam głównie fotele „no name”, dla dużych dzieci, przodem do kierunku jazdy). Fotel nadaliśmy w samolocie jako bagaż dodatkowy dziecięcy, który dziecku przysługuje. I od razu powiem – jeśli masz zapamiętać z tego jedną rzecz i planujesz w Maroku wynająć auto, zapamiętaj tę: weź ze sobą fotelik. Na miejscu przekonasz się, dlaczego! Uliczne szaleństwo!
  • Uwaga na częstowaczy! Co rusz sklepowi sprzedawcy wciskali Idzie czekoladę i inne przekąski, których my jej w ogóle nie podajemy do jedzenia. Właściwie ten według nich miły i sympatyczny gest wiązał się zawsze z naszą odmową (z uśmiechem) i ich zrozumieniem.
  • I.. uwaga na całowaczy! A raczej całowaczki! Niektórzy w Maroku mówią, że w dzieciach mieszkają anioły – a skradając im pocałunek prosto w usta, dostaje się ciut tego błogosławieństwa. Mając tę wiedzę, odpierałam kilka ataków Marokanek, a raczej Saharyjek chcących całować Idę prosto w usta. Tu spotykałam się z mniejszym zrozumieniem odmowy (a raczej zasłonięcia Idy), jednak ja wychodzę z założenia, że tak małe dziecko ma jeszcze niedojrzały układ odpornościowy, by być gotowym na taki kontakt. No i poza tym – czy ma na to ochotę? Raczej nie. Nie pozwalam więc przekraczać takich granic. Druga sprawa – nie pozwalam też na to w Polsce nawet w rodzinie (całowanie po rączkach, w usta) ze względu na próchnicę przenoszącą się przez ślinę. Tyle w temacie.
  • Maroko to inna flora bakteryjna. Na noclegi wybieraliśmy miejsca czyste, w takich warunkach przygotowywaliśmy też jedzenie dla Idy. Myliśmy jej bardzo często ręce. Ogólnie: higiena to podstawa.
  • Burze piaskowe. Na początku, po przyjeździe na Saharę, rozpętała się taka burza. Zero widoczności, piasek zawiewany wszędzie. To czas, kiedy drzwi i okna zamykasz na spust. Trzeba przeczekać, aż wszystko opadnie, bo wdychanie tego do najprzyjemniejszych nie należy. Na szczęście trwało to tylko kilkanaście godzin.
  • Problem z prądem. W wielu miejscach na południu nie ma jak korzystać z udogodnień, do których działania potrzebny jest prąd. W wiosce nieopodal Sahary jest jeden punkt, gdzie ludzie mogą przynieść rzeczy do prania i za opłatą będzie to zrobione – niestety, często używane są bardzo ostre chemicznie środki piorące. My mieliśmy butle z mydłem (miejscową) i w nim praliśmy wszystko.

Brzmi strasznie? Spokojnie, wszystko jest do ogarnięcia. Ale to prawda, Sahara to już inna bajka. To nie łatwa w podróżowaniu Europa czy Tajlandia, gdzie w ulokowanych na każdym kroku, czynnych całą dobę sklepach 7/11 jest wszystko (choć tam trudniej: komary, malaria, denga). To surowy, mniej dostępny i wymagający teren, na podróż po którym trzeba się dobrze przygotować. Szczególnie, gdy mówimy o podróży z dzieckiem! Dla mnie to wszystko było oczywiste, co i tak nie uchroniło mnie od popełnienia kilku błędów. Na przykład ilość chętnych „całowaczek” zaskakiwała mnie na każdym kroku! Ale dobrze mieć te wszystkie informacje z tyłu głowy, a jednocześnie rozkoszować się Saharą. Piękna pustynią i jej ciszą. Bo jakby nie patrzeć, zagrożenia są wszędzie. Tak, nawet w Polsce (kleszcze…).

 

Po co więc pojechałam znowu na Saharę? Po co, tym bardziej, że wcześnie podróżowałam po niej na spontanie, autostopem i pieszo, śpiąc na piaskach, pod gołym niebem, u spotkanych nomadów? Tym razem przecież było inaczej, bo dziecko. Było auto, lepsze miejsca noclegowe i żywieniowe. Po to, bo kochamy podróżować, bo chcemy Idzie pokazać świat, bo poznała dzięki temu „moich nomadów”, bo z Saharą wiąże się jeden z moich projektów, a nowe, nieznane wcześniej bodźce również bywają dla dziecka rozwijające. Bo cisza Sahary jest magiczna, widoki cudowne.  Niełatwa pustynia przyciąga od wieków tych, którzy pomimo jej surowości pokochali ją bezgranicznie.

Maroko z dzieckiem

 

To też może Cię zainteresować:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.