Moim zdaniem

Nie bez powodu ruszam na Kaszuby.

Jeszcze 60 kilometrów.

Olśnienie pierwsze. Dlaczego zawsze w gruncie rzeczy było mi wszystko jedno, dokąd jadę? Nie robiło mi wtedy wielkiej różnicy, czy pojadę w polskie Beskidy czy Himalaje. Wiadomo, im mniej znane mi miejsce, im bardziej nowe dla mnie, tym bardziej inspirujące, ale to głównie sam ruch miał znaczenie. 

Ostatnie zabudowania Trójmiasta za nami. Skręcamy w stronę kaszubskich wiosek i miasteczek.  Łukasz za kierownicą, Ida w swoim foteliku przegląda książkę o warzywach, owoce myśli zbieram ja, związując potargane przez wiatr o poranku włosy. 45 kilometrów do celu.

Przecież podróż jest okazją, aby wyrwać się z kontekstu. Porzucić codzienność, a w niej dom, pracę, niusy w mediach, obowiązki, rutynowe sprawy i sprawki, zawroty głowy i serca.

Droga zwęża się, ni stąd, ni zowąd wyrastają wzdłuż niej drzewa. Za oknami zielone pola, pasące się na nich konie i krowy. 30 kilometrów do celu.

A więc jazda gdziekolwiek to odrywanie się od znanej codzienności i odbywanie równoległej podróży – w głąb miasta, regionu, w głąb siebie. Może to pachnie banałem, ale jakie to przyjemne, inspirujące, po prostu tak dobre –  móc oderwać się od wszystkiego, co zagłusza nasze myśli, wyobraźnię, co odciąga nas od samych siebie.

I oto największa wartość tej mojej podróży.

Czas start. Dom nr 4. Kaszuby. Wielki, przestronny, cichy, tylko dla nas nad samym jeziorem, na styku lasu i łąk. Myśli, które jeszcze pędzą jak szalone. Głowa pełna nieukierunkowanych pomysłów, a raczej ich zalążków.

Poranek. O 5:00 uchylam okno. Na zewnątrz mgła jeszcze zaznacza swoją poranną obecność. Tak cicho, gdy jeszcze nie stukają talerze, nie ma rozmów przy stole przy śniadaniu, a i głosu Idy. W tej ciszy niepostrzeżenie myśli nabierają ładu. Rozczochrane, targane przez wiatr, układają się w logiczną całość. Myślę, nie myśląc.

Bo przecież właśnie wędruję z wózkiem w stronę jeziora. Właśnie Ida biega po piasku, pyta o łódki stojące przy pomoście czy kaczki podpływające do brzegu. W czasie drzemek Idy pracuję, ale i czytam, oglądam, inspiruję się. Nocami zaglądam w zakamarki folderów zakopanych już dawno w czeluściach komputera. Odkurzam je.

Po kilku dniach wszystko wydaje się oczywiste. Tu, w czasie kolejnych wyjazdów, przebywania w nowych miejscach, innych przestrzeniach, pojawia się w głowie przestrzeń. Ta na nowe myśli, pomysły, wyzwania. Bo mówią, że jeśli czegoś nie wiesz, to po prostu: jeszcze nie wiesz, narazie nie wiesz. Wtedy czytaj, oglądaj, inspiruj się, a niepostrzeżenie może okazać się, że problem był w tym, że po prostu za mało rzeczy znasz. Za mało widziałaś czy widziałeś. Te nowe, kolejne, niosą małe i duże olśnienia. Bo punkt siedzenia zmienia punkt widzenia, a przestrzeń za oknem, skok z miasta na wieś dla odmiany (lub odwrotnie – z przestrzeni w gwar!), wietrzy głowę. O tak, od lat to nazywam moim właśnie głowy wietrzeniem! Nie bez powodu więc ruszam z miasta, z miejskiego mieszkania, na Kaszuby czy wszędzie tam, gdzie zaprowadzi mnie potrzeba oderwania.

Też tak wietrzysz głowę? <3

  

 

 

Kaszuby

To też może Cię zainteresować:

3 Comments

  1. Grama says:

    Tak Kaszuby są warte spędzenia kilku dni byłam latem nad jeziorem było pięknie na plaży kilka osób warto wybrać się .

    1. Lalla says:

      Zgadza się, można nadal trafić na takie przyjemne miejsca. 🙂

  2. Ania says:

    Bardzo podobają mi się twoje przemyslenia o Kaszubach i blog w ogóle, trafiam przypadkiem i od paru dni z ogromną przyjemnością poczytuję. Bawi mnie bardzo fragment o Łukaszu i Idzie w samochodzie, o książeczce o warzywach, bo wiesz, ja mam męża Łukasza i córeczkę Idę (urodziła się w lutym 2017 i do niedawna nie znałam nikogo o tym imieniu), a w tym roku dwa razy odwiedziłam Kaszuby, bo raz mi było za mało, no i jeszcze kilka podobieństw jest między nami i to takie zabawne mi się wydaje:) Pozdrawiam i dziękuję za świetne teksty xx

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.